-->

Z widelcem po... Warszawie - odcinek wyjazdowy

Niedawno poniosło nas do Warszawy.
Nas, bo tym razem w trio: ja, Adrian i Carlos.
Poniosło, bo lecieliśmy samolotem: Ryanair oferuje super szybkie połączenie Wrocław-Warszawa Modlin w cenie już od 19 złotych. Tak, więc postanowiliśmy zjeść obiad w Warszawie :)

Chęć zjedzenie obiadu w Warszawie wymusiła na nas wstanie o nieludzko wczesnej godzinie.
Dla poprawy koncentracji i jako zawodowi kawoholicy musieliśmy w tak porannych godzinach dostarczyć naszym organizmom pierwszej dawki kofeiny. Wrocławskie lotnisko oferuje do wyboru kilka knajpek i kawiarni, my wybraliśmy najbliższą, czyli CoffeeHeaven.




Nie ma co rozpisywać się za dużo, kawa ani lepsza, ani gorsza niż w pozostałych punktach tej sieci. Trafiliśmy w okresie świątecznym, więc mieliśmy do wyboru oprócz standardowego menu również zimowe smaki: creme brulee, magiczną pomarańczę i dietetyczną pierniczkową. Wszystko podawane  w kubeczkach z zimowo-świątecznym designem.

Do Warszawy trafiliśmy chwilę przed ósmą. Oczywiście, jeśli lotnisko w Modlinie uznajemy za Warszawę. Nasze stopy w prawdziwej Warszawie stanęły dopiero po godzinie 9.00 - świetna pora na śniadanie! :)

Na miejsce porannego posiłku wybraliśmy osławioną warszawską Charlotte. Charlotte to kawiarnio-piekarnia znajdująca się na placu Zbawiciela, tuż obok popularnej ostatnio tęczy. Tłum, który znajdował się wewnątrz sugerował, że rzeczywiście jest to bardzo popularne wśród warszawiaków miejsce. 

Menu Charlotte oparte jest na chlebie wypiekanym przez nich na miejscu  a na śniadania proponują zestawy właśnie z świeżym chlebkiem, masłem, konfiturami i czekoladami. Za taki właśnie zestaw, czyli "śniadanie z jajkiem" : koszyk pieczywa oraz domową konfiturę lub Czekoladę, do tego jajko z wolnego wybiegu sadzone lub gotowane i dowolny napój gorący lub sok liczą sobie 18złotych.

Na nasze zamówienie przyszło nam niestety czekać... i czekać. Nacierające tłumy nie ułatwiały kelnerom sprawnej obsługi, nasze zamówienie przychodziło w ratach, a o konfitury musieliśmy się przypomnieć. Za to, gdy już w końcu dotarły, dostaliśmy do wyboru chyba wszystkie smaki: czekolady mleczną i białą, konfitury z pomarańczy, truskawek i mus malinowy. Słoiki z pysznościami przechodzą z stolika na stolik, wymieniane są tylko drewniane łyżki do nakładania. Panowie mówią, że śniadanie było super smaczne i WOW. Ja na szczęście zdecydowałam się na grillowaną kanapkę,bo jak zobaczyłam te słoiki do użytku wielu klientów, to straciłam apetyt. Gusta i guściki, ale jedzenie z jednego słoika z anonimowym tłumem - nie dla mnie :)


Pełne menu Charlotte do pobrania tutaj. A już niedługo podobno i nas, wrocławian, czeka przyjemność posiadania własnej Charlotte (więcej do przeczytania tutaj).

Śniadanie śniadaniem, ale przecież wybraliśmy się do Warszawy na obiad. Po krótkim obejrzenie Starego Miasta, przywitaniu się z królem Zygmuntem na kolumnie, wsiedliśmy w metro, by udać się na koniec miasta, do polecanej przez Carlosa gruzińskiej restauracji. 

Gaumarjos, możecie znać z TVN-owskich rewolucji. Ja nie znałam, więc nie spodziewałam się co smacznego mogę tam zjeść.
Po krótkim przejrzeniu karty zdecydowaliśmy się:
-> pielmieni dla mnie, czyli małe pierożki ręcznie robione z mielonym mięsem w środku, ze śmietanką i koperkiem (w cenie 26 złotych).
Wizualnie - rzeczywiście jak małe pierożki, trochę jak uszka. W smaku - bardzo poprawne, smaczne, ale również trochę "nijakie", brakowało mi jakiś wyraźnych przypraw. Trochę przypominało to dla mnie klasyczny, obiad niedzielny, taki nie za ostro, nie za słono, najlepiej z rosołkiem :)


-> chinkali dla Carlosa, czyli sakiewki z mielonym mięsem z rosołkiem w środku (w cenie 20 złotych za 4 sztuki).
Carlos natomiast twierdzi, że jego danie przyprawione było odpowiednio, bardzo smaczne, a nawet bardziej niż bardzo - wierzę na słowo, bo nie zdecydowałam się skosztować.



-> kupdari dla Adriana, czyli okrągły placek z ciasta drożdżowego nadziewany mielonym mięsem z przyprawami gruzińskimi (cena 25 złotych).
Adrian dostał natomiast coś na kształt klasycznego chaczapuri, tylko zamiast sera w środku - mięsko mielone. W smaku dokładnie takie same jak moje w pielmieni.




Pełne menu do zobaczenia tutaj.
Po powrocie do domu z ciekawości obejrzałam odcinek wspomnianych wcześniej Rewolucji z odwiedzoną przez nas restauracją. Wiele rzeczy, jak na przykład wystrój tego miejsca ponownie powrócił do stanu "przed rewolucją", zarówno kolory ścian, obecność baru czy bardzo dużej ilości małych zdjęć na ścianach.
Po wizycie w Gaumarjos gruzińska kuchnia, wydaje mi się lekko nudna, może nawet i troszkę mdła. Brakuje mi w niej koloru i jakiś charakterystycznych przypraw - nie mówię, że nie jest smaczna, jednak preferuję coś bardziej wyrazistego. Tutaj wszystko smakowało podobnie, choć poprawnie.


A jakie są Wasze ulubione miejsca w Warszawie? Czego nie możemy przegapić przy następnej wizycie?


CHARLOTTE
pl. Zbawiciela, Warszawa

GUAMARJOS
al. KEN 47, Warszawa

Share:

1 komentarze

  1. Ja również zajrzałem do Gaumarjos. Zjadłem chinkali i chyba pielmieni. Wspominam dobrze. Obsługa miła.

    OdpowiedzUsuń