-->

Mlekiem i Miodem


Można by powiedzieć, że sto lat zbierałam się do odwiedzenia Mlekiem i Miodem. Swego czasu podjęłam nawet próbę - lokal na początku znajdował się na prawdziwym końcu wrocławskiego świata, bodajże na ulicy Poświęckiej (kto nie wierzy, niech sprawdzi gdzie to). Próba niestety okazała się niewypałem, 15 kilometrów w jedną stronę przejechane na darmo, bo nie udało mi się do osławionego Mlekiem i Miodem trafić - zawiódł brak jakiegokolwiek oznakowania/baneru/widocznego logo, tamtejsi mieszkańcy też o lokalu nie mieli pojęcia i dopiero po powrocie do domu (z przerwą na obiad gdzie indziej) udało się nam ustalić, że restauracja znajduje się w szpitalu! Jakiś czas temu Panowie z MiM postanowili lokalizację zmienić i przenieśli się... jeszcze dalej od centrum, a dokładnie do podwrocławskiego Kiełczowa. Można by też powiedzieć, że dla mnie bomba, gdyż sama od pewnego czasu mieszkam na wrocławskich "suburbiach" - chcąc zjeść obiad poza domem, nie muszę pchać się do miasta, gdzie mogę mieć problem z zaparkowaniem w centrum, tylko grzecznie wjeżdżam sobie na obwodnicę i za kilkanaście minut jestem w Mlekiem i Miodem.

No to pojechaliśmy - czas podróży to jakieś 20 minut z mojej wiochy, z centrum podejrzewam, że może zająć trochę dłużej  (Google Maps upiera się, że z rynku przy małym ruchu to 22 minuty). Udaje nam się dojechać bez problemu, pod samym lokalem nawet miejsce parkingowe się znalazło :) Mlekiem i Miodem zajmuje przednią część całkiem ładnego i nowego budynku przy głównej drodze w Kiełczowie (tylną część zajmuje bodajże jakiś sklepik osiedlowy).  Jak ładnie jest w MiM w środku możecie przekonać się między innymi z tego filmiku. Sam Kiełczów (z ciekawości sprawdziłam wpis na Wikipedii), to wieś z ponad 8 tysiącami mieszkańców - robi wrażenie, bo niektóre miasta, mają dużo mniejszą liczbę mieszkańców. Ale jak na wieś przystało, nie uświadczysz tu blokowisk, same domki jednorodzinne, ale nie zauważysz tu również obrazu typowej wsi polskiej, czyli rozwalającej się chałupy z kurkami i gąskami - przynajmniej nie przy głównej drodze :) 
Ale nie o wiosce miała być mowa, tylko o jedzeniu. A więc zamawiamy. Rafał postanowił się wypiąć na prowadzenie samochodu i wybiera dla siebie jasnego Bernarda (cena: 12 złotych). Piwko podawane z fajnym słoikowym kufelkiem (można znaleźć w internecie za 12-29złotych, dla zainteresowanych), mieści się na 2 razy.




Mi nie pozostaje nic innego jak zadowolić się herbatą  (do wyboru kilka rodzajów herbaty Richmond,  w cenie 8 złotych), jeden dzbanuszek to ponad dwie filiżanki. Przy takich napitkach czekamy na zamówione przez nas dania. Czekamy w akompaniamencie krzyków i radości dzieci, bo jak się okazuje MiM jest chyba ulubionym miejscem dla wszystkich rodzin z dzieciakami w okolicy (no coż, innej dobrze wyglądającej restauracji w Kiełczowie nie zauważyliśmy). W czasie naszej wizyty, a zasiedzieliśmy się prawie 2 godziny, byliśmy jedną z dwóch par na sali, pozostałe stoliki zajmowały wspomniani wcześniej rodzice z dzieciakami. Lokal przygotował się na taką ewentualność i zapewnia maluchom kącik z zabawkami i kredkami.
Nie byłabym sobą, gdybym nie zwróciła uwagi na obsługę. Kelnerki, które nas obsługiwały, były bardzo sympatyczne, bardzo rzetelnie umiały podpowiedzieć nam na co się zdecydować. Jeden minus - obsługa trochę nie dawała sobie rady z tym co się dzieje na sali. Po wyjściu jednej dużej rodziny (jakieś 10 osób), stolik po nich był sprzątany na raty, na chyba 6 prób, przez 3 osoby. Zdążyła usiąść przy nim kolejna rodzina, a kelnerka nie zauważyła, że na stoliku zostały jeszcze szklanki po poprzednich gościach i nowi klienci raczyli się ich obecnością do końca posiłku. No zdarza się, młodzi, zabiegani :)



Doczekaliśmy się naszych starterów - obydwoje zdecydowaliśmy się na zupę rybną (w cenie 14 złotych za miseczkę). Zupa serwowana była jako jedna z dań dnia i jak informował wpis na facebooku miała być z kawałkami dorsza, glonami wakame i owocami morza. Za owoce morze robiły małże (po 3-4 w porcji). Sama zupa smaczna, bardzo dużo kawałków ryby i glonów, chociaż pomysł z małżami uważam za średni i utrudniający jedzenie, no bo co zrobić z nieporęcznymi skorupkami? Rafał stwierdził też, że małże nie były najlepszego smaku - nie potwierdzam i nie zaprzeczam, bo nie jadłam, ale według niego mrożone i bardzo psuły smak zupy.


Rafał pozostaje w klimacie rybnym i decyduje się na kolejne z dań dnia czyli okonia pieczonego  w całości w ziołach, podawanego z sosem tatarskim, frytkami i sałatami (cena 33 złote). Okoń rzeczywiście wjeżdża w całości, razem z garnuszkiem frytek, oraz mniejszym garnuszkiem sosu. Ryba jest bardzo aromatyczna, świetnie przeszła smakiem wpakowanych w nią ziół i przypraw a mięso jest delikatnie i łatwo odchodzi od szkieletu. Sos również został przez Rafał oceniony wysoko. Frytki wyglądały na własnoręcznie ciachane i choć brakowało w nich soli oraz były lekko przesuszone okazały się całkiem zjadliwe.


Ja stawiam na klasykę i jedno z najbardziej rozpoznawalnych dań marki Mlekiem i Miodem, czyli burgery. Nie chcąc eksperymentować za bardzo wybieram bułę hamburgera (cena 18,90 złotych) na kruchej sałacie, z ogórkiem kiszonym, pomidorem i czerwoną cebulą. Mlekiem i Miodem podobno samo wypieka bułki - czuć, że nie jest to buła z supersamu :) Bułeczka chrupiąca, delikatnie grillowana przed dołożeniem składników. Warzywka świeże, w nieprzesadzonej ilości, burgera bardzo dobrze trzyma się w rękach - nic nie wylatuje, nic nie cieknie. Mięso smacznie doprawione, choć przyprawy nie zabijają smaku mięsa. Dla mnie odrobinę za suche. Gdzieś mi zabrakło sosu do frytek - może powinnam go dodatkowo domówić, ale nie zaproponowano mi go przy składaniu zamówienia, sama też nie spytałam uznając obecność sosu za pewnik, a później było już ciężko złapać kogokolwiek z obsługi. Wracając do burgera - w  MiM oferują do wyboru kilkanaście wariacji na temat tego dania: od jedzonego przeze mnie klasyka, przez bułę z boczkiem, bułę z smażonym serem, bułę z camembertem i żurawiną, opcję włoską z mozzarellą i suszonymi pomidorami i wiele innych jeszcze bardziej wymyślnym w smaku. Zdecydowanie każdy znajdzie coś dla siebie.


Nie byłabym sobą, gdybym po tak sytym obiedzie nie chciała jeszcze czegoś słodkiego. Deser Mlekowicza (cena: 10 złotych) czyli puszysty mus z białej czekolady z borówkami z lasu (w tym wypadku akurat były malinki) oraz ziemią jadalną. Porcja nieduża, ale bardzo zapychająca, więcej nie dałabym rady zmieścić.


Mlekiem i Miodem to nie tylko burgery i dania dnia. Wybór jest przeogromny (sprawdź tutaj), a karta jest ciekawie podzielona na poszczególne dni tygodnia - ma się dzięki temu jeszcze większe wrażenie, że składniki naszych potraw są świeże, a same danie bardzo przemyślane. Zastanawia mnie jedynie fakt, nazywania Mleka Grill Housem - typowych dań z grilla (oprócz mam nadzieję mięsa do burgerów) w karcie nie ma za dużo... gdyby ktoś nastawiał się na grillowany karczek/żeberka czy cokolwiek innego, może być lekko zawiedziony.
Podsumowując długo odkładaną wizytę: nie byłam rozczarowana!- jeśli będę chciała się wybrać na obiad poza domem i nie pchać do miasta, to Mleko będzie dla mnie idealnym miejscem. Gdybym jednak jechała specjalnie tutaj z centrum Wrocławia, lub nie daj Bóg z jakiegoś Kozanowa, to czułabym się lekko rozczarowana - kuchnię na podobnym poziomie jestem w stanie znaleźć w centrum (np. Dinette) i nie muszę jechać taki kawał. Chłopaki z MiM znaleźli jednak świetne miejsce dla biznesu - jedyna taka restauracja w 8-tysięcznej mieścince nie narzeka na brak zainteresowania, (przynajmniej podczas naszej weekendowej wizyty) :) Mam nadzieję, że za jakiś czas załoga z Mleka postanowili jednak wrócić do Wrocławia i otworzy tam spowrotem drugi punkt (niekoniecznie w szpitalu :P)

Ahoj Mlekowicze! :)


Madzik

PLUSY:
- smacznie i z pomysłem,
- świetny marketing facebookowy,
- przestronny i ładnie urządzony lokal

MINUSY:
- obsługa lekko nawala
- daleko...


Mlekiem i Miodem
ul. Wrocławska 31, Kiełczów


Share:

0 komentarze