-->

The Winners Pub


Poświąteczny, a przedsylwestrowy głód wygnał nas na miasto w poszukiwaniu miejsca, które zaspokoi nasz apetyty. Niby lodówka pełna bożonarodzeniowych przysmaków, ale chciałoby się lekko odpocząć od smaku pierogów, ryb i ciast. Wybór był trudny, bo nic szczególnego nie przychodziło nam do głowy... może by tak burger? albo typowy polski schabowy? a może ostatnia w tym roku pizza? Nie mogąc się zdecydować odkopałam w telefonie starą listę miejsc, które znalazłam przypadkiem lub, które ktoś mi polecał, a nie miałam jeszcze do tej pory okazji ich odwiedzić. Na pierwszym miejscu cierpliwie czekał: The Winners Pub.

[zdjęcie pochodzi z strony internetowej restauracji]

The Winners Pub położony jest blisko ścisłego centrum Wrocławiu, w dzielnicy Czterech Świątyń - niedaleko Kina Nowe Horyzonty i drzwi w drzwi z popularną wrocławską Mleczarnią. Nazywają się Steakhousem - podobno można tu zjeść steka nawet z krokodyla lub kangura. W wystroju lokalu widać zdecydowane nawiązania do sportu, zaaranżowany lekko w klimacie lat 30.  The Winners Pub zdecydowanie chce być miejscem, gdzie pasja do sportu łączy się z dobrym jedzeniem. Na sali dostępnym jest kilka telewizorów, gdzie można obejrzeć bieżące wydarzenia sportowe - nie rozumiem jedynie, dlaczego w takim razie obraz w Tv to jedno, a muzyka z głośników to drugie ? W czasie naszego obiadu na ekranach można było śledzić mecz piłki nożnej, z głośników jednak dobywały się dźwięki Shakiry i innych Tsunami - początki schizofrenii gwarantowane :)

[zdjęcie pochodzi z strony internetowej restauracji]

W menu Winnersów do wyboru oprócz wspomnianych wcześniej steków mamy dwie zupki, sałatki, kilka przystawek,kilka opcji lunchowych, burgery i mięso podawane na  gorącym kamieniu z lawy wulkanicznej - podobno kolejna specjalność miejsca.
Ja decyduję się na zupkę i steaka, Raf na samego steaka. Od razu dostajemy zamówione napoje i cierpliwie czekamy na resztę zamówienia,


Jako pierwsza, tak jak być powinno, na nasz stół trafia zamówiona przeze mnie zupa borowikowa  z diablotką (cena: 18złotych). Otrzymuję naprawdę sporą michę grzybowego wywaru razem z dwoma pałeczkami wcześniej wspomnianej diablotki (czyli upieczonego ciasta francuskiego). Całość zabielona jest kilkoma kleksami śmietany. Zupa naprawdę robi wrażenie, jest gęsta, bardzo aromatyczna i co najważniejsze na jej dnie osiadła masa borowików. Nie smakuje pieczarkami, co zdarza się w innych restauracjach, przy zamówieniu zupy grzybowej. Naprawdę jest obłędna, nigdy nie jadłam tak dobrej zupy i choć w tej cenie mogę dostać drugie danie w innym miejscu, to pewnie skuszę się jeszcze kiedyś - mając nadzieję, że znów zrobi na mnie takie wrażenie.


Niestety na dania główne kazano nam czekać, bagatela 45 minut. W lokalu znajdowaliśmy się my i jeszcze jedna para, poza tym pustki... nieszczęśnicy siedzący obok nas czekali jeszcze dłużej, a zamówili tylko jednego burgera. Zwróciliśmy też uwagę, że po sali krzątała się masa pracowników, trochę jakby zajęci sobą i swoimi sprawami - takie zachowanie naprawdę "kłuje w oczy", gdy czekasz z pustym brzuchem na upragniony obiad, a on nie nadchodzi.
Rafał początkowo chciał zdecydować się na T-bone steaka serwowanego według menu na specjalne życzenie gości, ale niestety okazało się, że w sezonie świątecznym restauracja nie ma tego mięsa - zaproszono nas na niego po Nowym Roku, wtedy wszystkie pozycje miały wrócić do menu. Lekko niepocieszony Rafał wybrał jednak Mignion steak, czyli najdelikatniejszy kawałek z polędwicy wołowej podawany na carpaccio z cukinii z słynnym sosem pieprzowym (cena: 68 złotych). Pomimo czasu oczekiwania nie był zawiedziony otrzymanym daniem. Stek był idealnie średnio wysmażony, lekko różowiutki w środku. Mięso było tak delikatne, że miało się wrażenie jakby kroiło się masło, a nie kawał mięcha. Razem z cukinią i świetnym sosem pieprzowym całość smakowała wybitnie dobrze.


Mój wybór padł na Angus steak (cena: 59 złotych). Jest to specjalnie wyselekcjonowana wołowina z amerykańskiej rasy Black Angus, delikatna o charakterystycznym smaku, tutaj podawana z grillowaną papryką, pieczonym ziemniakiem i łagodnym sosem pieprzowym. Generalnie raczej stronię od takiego mięsa - nigdy nie wierzyłam, że mięso specjalnie przylatuje z Ameryki na mój talerz :) Tutaj stek zrobił na mnie kolejne tego wieczoru niesamowite wrażenie - mięso było  delikatnie pieprzne, a przy tym bardzo kruche i soczyste. Delikatnej słodyczy nadawała mu grillowana papryka, a pieczony ziemniak z masłem czosnkowym tylko idealnie dopełniał reszty.


Podsumowując: zapłaciliśmy niemało, bo cała przyjemność obiadu dla dwóch osób kosztowała nas ponad 150 złotych. Cieszę się, że nie były to pieniądze zmarnowane, cały obiad był przepyszny, moje kubki smakowe zostały zaspokojone w 100% (kurcze, przy pisaniu o tych potrawach zrobiłam się niesamowicie głodna i ślinka mi cieknie na samo wspomnienie). Serwowane dania są z świetnej jakości produktów, co czuć w smaku. Na ten moment mogę śmiało rzecz, że dla mnie to najlepsze steki w mieście!



PLUSY:- jednym słowem: pycha!

MINUSY: (chociaż zupełnie o nich zapomniałam w trakcie jedzenia)
- długi czas oczekiwania,
- TV swoje, a radio swoje


STEAKHOUSE THE WINNERS PUB
ul. Włodkowica 5

Share:

0 komentarze