-->

Pierogarnia Stary Młyn


Było nas siedmioro lecz mieliśmy wspólną myśl, jedno słowo - "Pierogi!". Kiedy tylko przekroczyliśmy próg lokalu, a drzwi odcięły nas od hałasów wrocławskiego rynku napotkaliśmy przerażony wzrok kelnerki. Niebo za nami przeszył piorun, za tuż za nim grzmot. Niebo zaszło czarnymi chmurami. W naszych oczach żądza...





Wejście na salę

Pamiętam smak babcinych pierogów: Moja kochana ś.p. babcia przez całe życie zawodowe pracowała jako kucharka, a ja miałem szczęście być jej wnukiem. Pierogi wychodzące spod jej rąk, jak na prawdziwe pierogi przystało były wielkie, tak duże, że nie sposób było chwycić w garść dwóch na raz. Lecz najistotniejszy był smak: Rozpływam się do dziś kiedy sobie je przypominam, mogłem delektować się nimi bez przerwy, i nie ważne czy były świeżo po ugotowaniu, czy też odsmażane na drugi dzień - ruskie, z mięsem, czy z grzybami i kapustą - zawsze były genialne. To moja babcia zdefiniowała to co rozumiem przez pierogi. Byłem trudnym przeciwnikiem dla Pierogami Stary Młyn, nie jak jakiś Niemiecki turysta czy Hiszpański student ja od dziecka byłem koneserem. Koneserem pierogów.

Kiedy więc przekroczyliśmy próg tego miejsca, zwróciłem uwagę na wystrój, ten był nienaganny, skromny, drewniany, duża ilość schodów, antresol, podestów a także piwniczka sprawiały wrażenie miejsca w którym możemy odczuć trochę izolacji od świata zewnętrznego i skupić się na wspólnie spędzonym posiłku. Światło przyćmione, nie bijące po oczach. Oczywiście nie możemy tu zapominać o zapachu - zapach w lokalu jest równie ważny jak jego wystrój: Buduje atmosferę. Oprócz wszechobecnego delikatnego zapachu drewna i świeczek czuć było w powietrzu pierogi - "To dobry omen!" - pomyślałem. W tle brzmiała przyjemna muzyka pozwalająca słyszeć się na wzajem (to o dziwo dość częsty problem, za głośna muzyka).



Kiedy już mój wzrok wrócił w stronę kelnerki ta wydała mi się być lekko przestraszona tak dużą grupą zorganizowaną. Moje odczucia szybko umocniła informacja o tym, że nie ma dla nas stolika - możemy usiąść przy dwóch osobnych. Kiedy człowiek w restauracji słyszy taką informację odzywa się w nim pierwotny instynkt, ma ochotę wyjść i trzasnąć drzwiami - jak na zresocjalizowany pierwotny instynkt przystało. Nastąpiła wymiana spojrzeń, salwa niezadowolonych min, cisza oraz lekka konsternacja, nikt nie odezwał się głośno. Gdzieś w otchłani naszych serc jednak zabrzmiało chóralne "Pierogi!" - zgodziliśmy się usiąść przy dwóch stolikach. Młodzi do jednego, a pokolenie n-1 do drugiego - co nie było wcale najgłupszym pomysłem.

Do rzeczy

Na stołach leżały karty dań, a dokładnie zalaminowane arkusze A3 w ilości 4 sztuki. Każdy miał więc swoją. Głos z głębi naszych serc wciąż nas ponaglał więc rychło wzięliśmy się do przestudiowania tego zachęcającego skrawka papieru pokrytego plastikiem. Każdy polak patrzy zawsze najpierw na ceny, później na dania - tak więc jak prawdziwi patrioci omówiliśmy poziom cenowy w niniejszym przybytku. Doszliśmy do wspólnego wniosku, że jest... OK. Nie są to ceny katastroficznie wysokie, a także nikt nie będzie tam przychodził codziennie na obiad. Jako lokal, do którego idzie się z pewną okazją, lub żądzą zdał nasz test skąpych Polaków. Następnie nasze oczy przeniosły się na dania - było co wybierać, aż ciężko mi przytoczyć wszystkie nazwy i składy. Były pierogi z serem do których podawano żurawinę, były z mięsami wszelkiego rodzaju, wymyślne pierogi ze szpinakiem (Połączenie Polskiej klasyki i francuskiej wykwintności ;), oraz wiele, wiele, wiele innych. Główny podział, bodajże autorski lub pół-autorski to "Lepiochy" oraz "Piecuchy", jak łatwo się domyślić te pierwsze są gotowane, drugie zaś z pieca.



Nie będę kłamał, że jestem wielkim smakoszem, czy też kimś kto lubi przcierać nowe szlaki. Wybrałem moje ulubione: Pierogi ruskie. Diabełek na moim ramieniu dorzucił jednak abym wziął "Piecuchy" (Nie mówcie mojej babci jak ją kiedyś spotkacie). Ale wraz z kompanami przy stole doszliśmy do wniosku, że zamówimy różne aby spróbować każdego po trochu. Kiedy wczytaliśmy się w kartę zauważyliśmy, że jest tam mała porcja i duża porcja: Uwaga! Kiedy tam będziecie, nie dajcie się zwieść, tak na prawdę tam jest Wielka Porcja i Talerz-Dla-Całej-Rodziny-Porcja co jeszcze raz nam potwierdza, że z punktu widzenia ekonomicznego jest to miejsce przyjazne twojemu portfelowi.

Pierwszym przykrym, z mojej perspektywy krytycznie przykrym (Jak bardzo się myliłem) zawodem tego wieczoru było piwo. A dokładnie jego brak. O ile jest ono wymienione w karcie, że dzbany, że pół litra, że zero trzy, to już małym maczkiem wyjaśniono, że i owszem są... ale na letnim ogródku tylko. No i a jakże! Wyjaśnić nam to musiała kelnerka, bo małe druczki mają to do siebie, że są małymi druczkami. A że po piętach depcze nam zima, że władze miasta szpilkostrady tworzą to letniego ogródka brak. No i co? No i wziąłem maślankę.



Każde z nas złożyło już zamówienie. Rozpoczął się proces oczekiwania. Podczas tego procesu przeżyłem drugi przykry zawód. Po jakichś dziesięciu-piętnastu minutach od złożenia przez nas zamówienia, w zasięgu naszego wzroku usiadła rozkoszna parka. Kelnerka pojawiła się przy nich równie szybko jak przy nas i równie sprawnie przyjęła od nich zamówienie. Rozkoszna parka patrzyła sobie w oczy, rozmawiała na wiele przezabawnych tematów (Wy też tak macie, że te rozkoszne parki to musza ciągle dowcipy sobie opowiadać, bo się ciągle smieją?). Czas płynał. Minęło już pół godziny od złożenia przez nas zamówienia, a na naszych stołach wciąż tylko przystawki. Mój brzuch krzyczał na mnie, dusza dociekała smaku tych "Piecuchów", kompani opadali z sił od wyczekiwania. Gdy nagle, pojawia się kelnerka, niosąca posiłki kelnerka, uśmiechnięta niosąca posiłki kelnerka. Prawie podskoczyliśmy z radości. Lecz ona skręciła. Niosła je do rozkosznej, rozbawionej parki... Nie do nas. Rozumiecie?

Zapomniałbym o zwróceniu uwagi na przemiły akcent jakim są przystawki. Każdy uczestnik otrzymuje kromkę chleba (szkoda, że nie pajdę), smalec oraz ogórka kiszonego (szkoda, że bez możliwości zamówienia kieliszka wódki). To z pewnością jest wielki plus, bardzo wielki plus. Swoją drogą facet (Ten z rozkosznej parki) wcinający sam smalec za pomocą ogórka - bezcenne.

Czterdzieści pięć minut! Dokładnie tyle minęło do momentu kiedy przyniesiono nasze zamówienie - no i nie do końca całe bo zapomniano o zamówieniu jednej osoby co spowodowało dodatkowe oczekiwanie piętnastominutowe. Można więc matematyczno-logicznie uznać, że pełne i kompletne zamówienie otrzymaliśmy po jednej godzinie.......... .



Przejdźmy do konkretów. Jakbym napisał, że pierogi były niesmaczne to naraziłbym się na falę prób zabójstwa, a może i wywołałbym wojnę domową. Ja pamiętam jednak, że pierogi ruskie mojej babci zawsze miały dużo smażonej cebulki, a proporcja sera do ziemniaków (czy też kartofli) była jak 50 do 50. Dodatkowo można było wyczuć przyprawy, sowicie popieprzone lecz nie przesadzone no i sól - białą śmierć - nie cukier. W Pierogarni Stary Młyn nie uświadczymy takich pierogów, ser lekko słodkawy, jest go stanowczo więcej niż ziemniaków, a cebulka niestety mało wyczuwalna. Mi to przypominało bardziej pierogi leniwe niż ruskie - może ktoś na kuchni się pomylił? Pierogi z kapustą i grzybami to dopiero było zaskoczenie - wspólnie przy stole nazwaliśmy je pierogi z bigosem bez przecieru. Bo tak nam właśnie smakowały. Praktycznie nie wyczuwalne grzyby, kapusta kwaśna i proporcja wyraźnie zachwiana. Niestety Pierogarnio nie tędy droga, albo to moja babcia źle gotowała (w co nie uwierzę nawet z lufą przy czole). Zmuszony jestem zaznaczyć, że pierogi nie były nie smaczne, były inne niż znam je z dzieciństwa - totalnie inne. Zjadłem wszystko do końca, a przepyszna śmietana oraz smażona cebulka pomogły mi w tym. Byłem pełen.



Wielkim plusem w tym wypadku jest maślanka - tu Pierogarnia wychodzi na prowadzenie - warto było zamówić ten kubek maślanki. Rozpływała się w ustach, doskonale kwaśna, doskonała konsystencja. Zrezygnujcie z piwa na rzecz maślanki, nawet latem! Polecam.

Czy warto wybrać się do pierogarni? 

Jeżeli szukacie nowych smaków. Jeżeli chcecie zjeść w na prawdę przyjemnym miejscu, gdzie obsługa się nie narzuca i macie dużo wolnego czasu. Jeśli nie czujcie przymusu popicia swojego posiłku napojem procentowym to stanowczo polecam Pierogarnie Stary Młyn. Dodatkowo w prześlicznych toaletach (Jakkolwiek dziwnie to brzmi) czeka was zabawna niespodzianka, która mnie rozbawiła do łez. Mimo tak długiego czasu oczekiwania na posiłek, pierogów nie trzymających standardów (może to świat idzie do przodu, a ja stoję?) spędziliśmy czas bardzo przyjemnie w świetnej atmosferze.


Plusy

- Świetny wystrój i atmosfera w środku
- Pyszna maślanka!
- Duże porcje (I gigantyczne porcje)
- Sensowne ceny
- Przystawka
- Niespodzianka w toaletach

Minusy

- Długi czas oczekiwania
- Piwo tylko na ogródku letnim
- Pierogi nie trzymają standardów


Lechu

PIEROGARNIA STARY MŁYN
Rynek 26

Share:

4 komentarze

  1. Nie jestem fanką tamtejszych pierogów, lepiochy powinny być posmarowane chociaż masełkiem, o cebuli nie wspomne, ser nie robi furory - zgodzę się, ale najgorsze są chyba z kurczakiem. Zupy tragedia! Nie polecam żurku i zupy z kurkami. Ceny też duże, ok rozumiem środek rynku ale ok 20-30 zł za porcje 5-9 pierogów (lepiochów)? Byłam w ostatni piątek, straszny hałas tam panuje ludzie się wręcz przekrzykują, siedzą jedni na drugich (!) a na swoje zamówienie (6 osób) czekaliśmy ponad godzinę, na stolik 20 minut.

    OdpowiedzUsuń
  2. I pokrój piecucha tym tępym nożem... powodzenia :) na dodatek nie mogłam wypić ulubionej latte bo ekspres nowy (i nie potrafią się obsługiwać nim, czy jak?)

    OdpowiedzUsuń
  3. Lubię to miejsce i często do niego wracam. Nie zgodzę się, że pierogi nie trzymają standardów. Owszem - ja lepię lepsze ;) Ale na tle innych pierogarni we Wrocławiu, te są wręcz mistrzowskie. Nawet teraz na wspomnienie pierogów diabelskich czy kowala dostaję ślinotoku. Aha! I polecam zamówić kwas chlebowy - idealnie schłodzony, podawany z rodzynkami, rewelacja :)

    OdpowiedzUsuń
  4. Wystrój, również toalet - świetny.
    Ogórek i smalec - lubię.
    Pierogi natomiast takie trochę suche, nie wchodzą łatwo. Duża porcja rzeczywiście jest bardzo duża. Nieraz miałem problem ze zjedzeniem do końca i brałem na wynos.

    OdpowiedzUsuń