-->

Street Burger Focaccia


„Pod nasypem” to miejsce wypełnione knajpami, kilkoma sexshopami i jednym sklepem nocnym. Wśród tej serii knajp kryje się maleńka burgerownia Street Burger Focaccia. Jak się prezentują nasypowe burgery? Przekonajcie się niżej.



Akcja

Lechu: Będzie recenzja na dwa głosy. Na wstępie nie obyło się bez problemów, które były spowodowane naszym brakiem czytania ze zrozumieniem. Street Burger na Bogusławskiego to nie Street Burger na Ruskiej. Julian wam wyjaśni resztę.

Julian: Pojawił się GroupOn i szkoda było nie wykorzystać. A na miejscu okazało się, że dwójka znajomych prowadzi dwa Street Burgery z identycznym menu, ale tylko jeden z nich wpadł na pomysł kuponów grouponowych. Zatem spodziewajcie się w ciągu miesiąca porównania obu burgerowni: sprawdzimy czy tylko menu jest to samo, czy może i smaki podobne chociaż.


Czas i miejsce akcji

Lechu i Julian: Chyba każdy, kto studiuje czy mieszka we Wrocławiu zna to miejsce – „pod nasypem”. Niejeden raz było nam dane dzielnie walczyć o to, kto pozostanie ostatni, niejeden raz byliśmy w tym miejscu bardzo, ale to bardzo ciężko zmęczeni. W piątek czy sobotę wieczorem trudno tam znaleźć wolne miejsca (chyba, że w tych najmniej prestiżowych lokalach, których wystrój pamięta wczesne lata 90.). Wybraliśmy się pod nasyp w niedzielę, po sobocie spędzonej również na miejscu dwa lokale dalej. Było nas czworo: Ja, Julian, Madzia i Cody (dla niewtajemniczonych, mały pies przypominający bardziej szczura).


First Impression

Lechu: Street Burger, co zaznaczyć należy na wstępie to Street Burger, a nie Restaurant Chic Cornée – oznacza to, że oczekiwanie tam pięknego wystroju byłoby co najmniej tak niemądre jak oczekiwanie od Juliana ciekawych i inspirujących tekstów. Wystrój lokalu jest więc prosty, miejski, nieskomplikowany, niewysilony. Na ścianie widnieją malowidła, które mają przywodzić na myśl graffiti, po środku sali stoi kubeł, do którego można wrzucić papierowy talerz po burgerze. Szczególnie ciekawe dla mnie było to, że na każdym stoliku znajdowały się serwetki w podajniku i sztućce (swoją drogą mało przydatne).


Julian: Pierwsze, co rzuca się w oczy, to przestrzeń. Street Burger jest miejscem maleńkim, gdzie udało się wygospodarować przestrzeń, która pomieści maksymalnie 18 siedzących osób. Zważywszy na wielkość lokalu, to naprawdę dużo. Nie ma tu niepotrzebnych dekoracji, gadżetów – jest ładna grafika na ścianie, mająca kojarzyć się ze Stanami Zjednoczonymi i tyle. Do Street Burgera idzie się jeść, a nie podziwiać ściany.

Obsługa

Lechu i Julian: Wszyscy (a już szczególnie Cody) byliśmy bardzo miło zaskoczeni tym, że zaraz po wejściu do lokalu Cody dostał miskę z wodą. Właściciel nie potraktował nas jak niestety wciąż często się zdarza i nie kazał nam opuścić lokalu, lub co gorsza, zostawić go na dworze. Na całe szczęście trafiliśmy na właściciela i wiem jedno: Ten facet potrafi obsługiwać klientów! Wie, że spełnianie małych próśb przynosi duże korzyści. Zwyczajnie rozumie, na czym to polega – bo nie tylko na jedzeniu. Miłe jest także to, że przy każdym stoliku znajduje się gniazdko i można podładować zdechły od robienia zdjęć telefon. Oczywiście nie zawsze trafi się na Szefa, więc nie zawsze będziemy uraczeni królewską obsługą. Pan przygotowujący nasze burgery ponoć się jeszcze douczał, tym bardziej zrozumiałe było, że mógł być zestresowany, czując na sobie wzrok pracodawcy. Zachował się jednak poprawnie, nie był upierdliwy, ani zbytnio gadatliwy. Po prostu był.




Kulinaria:

Lechu: Jeśli chodzi o jedzenie nie można bawić się w nauki ścisłe, jedzenie to sztuka – a zrobienie dobrego burgera nie wszystkim wychodzi, tak jak nie każdy może być Donatello (Jedyne, co ja rzeźbię, to kulki ze śniegu). Kiedy otrzymałem swojego ogromnego burgera, nie był on specjalnie urodziwy – niestety burgery nie są piękne – był wielkim, grubym, tłustym, pełnym mięsa zatrzymywaczem serc. Czy burgery mają jakiś związek z miłością? Nie znam się na miłości, słaby ze mnie romantyk, lecz kiedy wtopiłem w niego zęby. Kiedy rozpłynął się w moich ustach – o tak rozpłynął się w nich! Moje oczy zamknęły się, ciało ogarnęła potężna fala przyjemności. (Julian: niestety, siedzenie obok Lecha w tej chwili nie było najmilszym przeżyciem) Idealnie wysmażona wołowina była jak Canon in D Pachelbela. Z grubego i zarośniętego chama stałem się łagodnym człowiekiem biegającym po zielonym polu w uczuciu radości. Nie wiem jak nam czas upłynął tak szybko, ale doszedłem do momentu, kiedy mój brzuch nie mógł już więcej w sobie pomieścić, a ja wciąż rozkoszowałem się tym smakiem, który został mi w ustach. Polecam, to za mało powiedziane. Wy musicie tam iść, wtopić w niego swoje zęby, zamknąć oczy i czuć tę pierwotną radość, pierwotną jak miłość… Ach! Do tego frytki – po prostu frytki. Szanowny Panie właścicielu, jak będziecie mieć tak smaczne burgery to ja będę tam stałym gościem. Dziękuję!



Julian: Jako, że Lechu wyślinił już większość tekstu, a ja nie chcę się powtarzać, postaram się być konkretny. Mamy dwa rodzaje bułek do wyboru i nie czuć, by były sztucznie „pompowane”, dzięki czemu nie najadamy się pieczywem. Kombinacje burgerów klasyczne, ale świetne. Wziąłem tatraburgera, czyli wołowinę, bekon i oscypek z grilla (poza warzywami), a rozpływający się Lechu klasycznie cheeseburgera (cennik i menu załączamy na zdjęciu). Oba były znakomite, a mięso wołowe odpowiednio wypieczone (na różowo, choć tu obsługa nie wykazała się, nie pytając o stopień wysmażenia), co było czuć w ustach, konsystencji ale i nosem, gdyż nawet zapach burgera był niezwykle zachęcający. Choć zrozumiem, jak ktoś będzie narzekać na nadmiar sosów, lub przypraw, albo brak burgerów z marchewką. Dla mnie klasyka jest kluczem do sukcesu – czasem lepiej mieć krótkie menu, ale dobrze wszystko w jego ramach przyrządzać. I tak było w tym wypadku.



W menu mamy burgery wegetariańskie (choć burger bez mięsa, to jak alkohol bez procentów) i towerburgera, który zapowiada się gigantycznie, ale nie ryzykowaliśmy zawału tym razem. Frytki „domowe”, ale nie widzę sensu brania ich do dużego burgera – i tak ich nie zmieścicie, a zepsują wam tylko smak. W smaku okej, nie przesolone, ani nie przesmażone – miękkie i w smaku świeże (choć z lodówy). Do każdego burgera serwowana jest mała sałatka, miły to akcent, ale – nie oszukujmy się – to po mięcho się idzie do burgerowni.


Podsumowanie:

Julian: Dobra, choć maleńka burgerownia. Porcje syte, cena w normie. Tylko pamiętajmy – do Street Burgera idzie się jeść, a nie rozsiadać się w kanapach, czy też rozkoszować się wystrojem wnętrz. Wpadamy, szamamy, znikamy. A my z Leszkiem – polecamy.


Julian i Lechu

PLUSY:
- znakomity burger
- dobre, „domowe” fryty
- niezła cena
- fajny, minimalistyczny wystrój
- kontakty pod każdym stolikiem
- akceptacja psiaków
- świetna lokalizacja - blisko rynku, dworca i właściwie każdej części miasta

MINUSY:
- w miejscu jest trochę duszno, szczególnie, gdy jest trochę więcej klientów
- nie obraziłbym się na większy wybór piwek


STREET BURGER
Bogusławskiego 46





Share:

1 komentarze