-->

Z widelcem po... Sopocie - odcinek wyjazdowy




Kilka dni temu, złaknieni pląsów w rytm islandzkiej elektroniki, wybraliśmy się do Sopotu. Pogoda piękna, rozwrzeszczane tłumy sunące deptakiem, wszechobecne reklamy, gofry i, co chyba nikogo nawet już nie zdziwi- budki z oscypkiem przy wydmach. 

Umęczeni tym wszystkim, postanowiliśmy ochłodzić nieco swe parujące głowy kieliszkiem białego wina. Jako że rodziny obładowane wszelakimi plażowymi akcesoriami i ryczącą bachoriadą dały nam nieźle popalić, postanowiliśmy zboczyć z głównego traktu w poszukiwaniu azylu. Błądząc lekko, trafiliśmy na doprawdy urocze schody, którymi zaczynała się (lub, jak kto woli, kończyła) bardzo przyjemna uliczka, pełna stylowych kamienic. Tam też właśnie udało nam znaleźć się miejsce, w którym posadziliśmy nasze spieczone ciała i oddaliśmy się konsumpcji całkiem niezłego, zielonkawego wina Nespolino. Było to bistro “Stacja Sopot”. 


Schludne, niczym szczególnym w zasadzie się nie wyróżniające, ale posiadające na tyle uroku, że zdecydowaliśmy się następnego dnia wrócić tam na lekki obiad. 

Słowo się rzekło i dzień później lekko zblazowani stanęliśmy w drzwiach. Przywitała nas ta sama kelnerko-barmanka, bardzo przyjemna zresztą i zaczęliśmy eksplorację karty. Jak się okazało- nie była ona przesadnie bogata, co według mnie było zaletą. Wcześniej zdążyliśmy się naoglądać różnych menu, w których obok ozorków w śmietanie widniały zapiekane pod mozarellą bakłażany. Kwestia gustu rzecz jasna, ale mnie to nie przekonuje. Wracając do naszego obiadu: postawiliśmy na kurczaka, sałatkę, a spragniony egzotyki Adrian- na krewetki. 

Oczekiwanie na nasze dania umilił nam tradycyjny, złoty trunek, jak również bardzo przyjemna i fenomenalnie podana lemoniada. Napoje spożyliśmy przeglądając modne czasopisma, których nazw nie jestem w stanie przytoczyć oraz pałaszując czerwone porzeczki z lemoniady. 


Po dość niedługim czasie otrzymaliśmy nasze zamówienie. Dwie imponujące dzięki pióropuszom z kiełków sałatki i krewetki- skwierczące na żeliwnej patelni podanej na drewnianej desce z chlebem. Wszystko wyglądało bardzo apetycznie, a mini-patelnia cieszyła oko. Po spróbowaniu dań swoich i współtowarzyszy zgodnie stwierdziliśmy, że jedzenie jest niezłe, ale w żadnych wypadku wybitne. 


Pierś z kurczaka w sosie honeymoon (24 zł). Mój księżycowo-miodowy kurczak z miodem miał niewiele wspólnego, chociaż był wspaniale soczysty. Sosu w mieszaninie sałat było w sam raz, warzywa świeże i chrupiące. Jedynie kiełki były lekko sfatygowane, ale można na to przymknąć oko.


Sałatka ze świeżych warzyw (16 zł). Czyli zestaw jak powyżej, pozbawiony kurczaka. Nie ma się w zasadzie nad czym rozwodzić. Ot, prosta sałata. Jedna rzecz- w obu sałatkach można było wyczuć lekką nutę majonezu, co może nie tyle było nieprzyjemne, aczkolwiek lekko zaskakujące. Oczywiście- ilu kucharzy, tyle rodzajów sosu vinaigrette i nie zamierzam tego w żaden sposób oceniać.

Skwierczące krewetki (26zł). Krewetki natomiast wysmażono idealnie, ale brakowało im smaku. Było to dość dziwne, bo na patelni był zarówno czosnek, jak i chilli. Pieczywo zgodnie z opisem bardzo świeże, a porcja, wbrew pozorom wcale nie taka mała.

Podsumowując- wszystko w zasadzie na równym, całkiem niezłym poziomie, ale eksplozji smaku nie było. Nie było oczywiście żadnej poważnej wpadki, która miałaby to miejsce skreślać jako godne polecenia. Zdecydowanie ma ono potencjał, jest bardzo przyjemne, świetnie zlokalizowane, a jedzenie, przy naprawdę niewielkim nakładzie pracy, mogłoby genialnie dopełnić się ze świetnym klimatem miejsca.


STACJA SOPOT
ul. Władysława Jagiełły 3/1, Sopot


Share:

0 komentarze