-->

Street Burger


Niedawno pisaliśmy na widelcu o Street Burgerze Focaccia, ukrytym pod nasypem, który zachwycił nas swoimi burgerami (i podejściem do czworonogów). Przyszła pora sprawdzić jak prezentuje się inna burgerownia o praktycznie tej samej nazwie – Street Burger. Czy ponownie będzie ekstremalnie pysznie?



Lokal i lokalizacja
Warto na wstępie zaznaczyć, że Street Burger nie jest „ojcem” Focacci (ani na odwrót). Obie burgerownie mają różnych właścicieli, wystartowały w podobnym czasie i choć wystrój i menu jest praktycznie identyczne, to to dwa różne lokale. Uwierzcie mi, to rozróżnienie okaże się istotne.
Wracając do meritum – burgerowania znajduje się na ulicy Świętego Mikołaja, 100 metrów od rynku. Lokalizacja zatem wyśmienita. Szczególnie, że jest na tyle daleko od głównej płyty Rynku, by móc się schować przed hałasem i ludźmi, ale na tyle blisko, by w minutę wrócić dotrzeć do Pasażu Niepolda, Włodkowica czy klubów w Rynku.


Sam lokal też prezentuje się przyzwoicie, mając ten sam wystrój, co Street Burger Focaccia pod nasypem. Mamy zatem nawiązywanie do amerykańskiego stylu, czarno-białe grafiki itp. Szybko jednak pojawiają się schody – hookery ustawione przed blatem przy oknach stoją przednimi nogami na drobnym wzniesieniu, tylnymi zaś niżej. To lekkie odchylenie jest po prostu groźne. Wystarczy się próbować oprzeć, zaśmiać, odchylić do tyłu i sru! Lecimy na głowę. Głupie i niebezpieczne rozwiązanie.


Obsługa:
Niestety nie mam nic pozytywnego do napisania na temat obsługi. Może trafiliśmy na gorszy dzień (a wybraliśmy się we trójkę z Magdą i Leszkiem), ale zachowanie Pani łączyło w sobie 3 najgorsze elementy: brak wiedzy o ofercie burgerowni, kompletny brak zainteresowania klientem oraz niemiłą opieszałość. Mogę mieć tylko nadzieję, że to był po prostu jej zły dzień, i że zwykle obsługa jest lepsza. Ale obserwowanie pracy Pani przez czas, gdy tam byliśmy niestety na to nie wskazywał.


Wybór:
Właściwie mógłbym przekopiować odpowiedni fragment z poprzedniej recenzji, gdyż oba Street Burgery nie różnią się wyborem. Jest zatem dość klasycznie, bez ekstrawagancji, cudacznych kompozycji. Postawiono na dość skąpy wybór: cheeseburger, baconburger, chickenburger itp. Co ciekawe, dołożono wielkiego gyrosa obok i można też się uraczyć kebabem w 1001 miejscu we Wrocławiu. I próba przemienienia burgerowni w miejsce, gdzie można dostać wszystko natychmiast powinna zapalić czerwone światełko ostrzeżenia w głowach potencjalnych klientów. Gdybyśmy nie chcieli napisać recenzji, pewnie ten kebab przegoniłby nas skutecznie ze Street Burgera.


Burgery:
Niezależnie od problemów z obsługą, niebezpiecznych miejsc siedzących i zaskakującego kebaba sugerującego „robimy wszystko, na szybko”, wciąż całą trójką wierzyliśmy, że skoro Street Burger Focaccia nas urzekł smakiem i klimatem, Street Burger na Mikołaja choć smakiem nas urzeknie. Niestety srogo się zawiedliśmy. Zamówiliśmy m.in. cheeseburgera i streetburgera. I już po pierwszym kęsie poczuliśmy straszny niesmak. To nie były te same burgery. Mięso przypominające mielone – bardzo ciężkie, pozbawione odpowiednich przypraw i odpowiedniego przypiekania. Bułki bardziej napompowane, napychające niepotrzebnie. Sos (którym się Street Burgery chwalą) jakby wyrwany ze starych budek na Dworcu Głównym przed remontem. Cała kompozycja niby identyczna, a odstająca od drugiej burgerowni poziomem o kilometry. Jak widzicie po zdjęciach – burgery wyglądają podobnie do tych z Focacci, a jednak to złudne podobieństwo… Nie dajcie się nabrać!


Podsumowanie:
Niestety – cała nasza trójka miała identyczne, negatywne doznania. Mogliśmy się jeszcze łudzić, że to jeden burger się nie udał… ale trzy? I to trzy różne? No cóż, ze smutkiem opuszczaliśmy lokal przekonawszy się, że nawet w naszym, rozrastającym się świecie burgerowni sama „marka” nie zobowiązuje. Daliśmy się zwieść Street Burgerowi z Mikołaja. Możemy jedynie ostrzec was i liczyć, że dzięki nam unikniecie podobnego zawodu pozostając wiernymi Street Burgerowi Focaccia pod nasypem.

STREET BURGER
Ul. Św. Mikołaja 14



Share:

1 komentarze

  1. Też kiedyś z chłopakiem tam trafiliśmy, trochę przypadkiem, ale bardzo głodni. Stwierdziliśmy, że to były najgorzej wydane pieniądze w naszym życiu. Połowa jedzenia poszła do kosza, bo nie dało się tego zjeść. W dodatku niesmak po tym ohydnym sosie był odczuwalny bardzo długo.
    Wprawdzie obsługiwał nas pan, ale zachowanie dosyć podobne..

    OdpowiedzUsuń