-->

Rock Burger

Jest we Wrocławiu kilka burgerowni, które zyskały sobie małą lub większą sławę ze względu na smak swoich burgerów i klimat lokalu. Jednym z takich miejsc jest Rock Burger, do którego przekonywali mnie znajomi już od dłuższego czasu.

W końcu nadarzyła się okazja, zatem uzbroiwszy się w Lecha i Madzię, wyruszyłem sprawdzić, czy zasłużone są te wszystkie „ohy” i „ahy” nad rockowymi burgerami.


Lokalizacja:
Rock Burgera odnajdziecie na Szewskiej 27-27A, w sąsiedztwie stałego stanowiska Bratwurstów, włoskiej pizzerii, winiarni i (kolejnej) tradycyjnej lodziarni. Lokalizacja świetna. Na rynek rzut kamieniem, a jednak nie jest aż tak głośno. Zresztą, nie ma co się rozpisywać o lokalizacji – jest świetna i tyle.

Lokal:
Powoli przyzwyczajam się do małych lokali, gdzie obecność kilku klientów tworzy wrażenie nadmiernego tłoku. Ale to nie znaczy, że przestaje to być minusem – w końcu najlepiej się zjada burgera w grupce, a 5 osób w środku Rock Burgera to już tłok i niebezpieczeństwo wytworzenia sztucznej sauny. Na szczęście do dyspozycji klientów jest mały ogródek, choć nie należy on do najwygodniejszych.


Wystrój burgerowni jest… specyficzny. Albo ci przypadnie do gustu, albo nie. Wśród dekoracji znajdziesz kasety audio, puste butelki i inne rockowe akcenty. Przywita cię psychodeliczny obraz, na którym ludzi mieli się na mięcho… Może „mielący” to właściciel burgerowni? Może to przestroga, co zrobi z tymi, którym burgery nie posmakują? Nie wiem, ale wolałem nie pytać i nie ryzykować śmierci w maszynie do mielenia mięsa…


Obsługa:
O lokalizacji nie było co dużo pisać i podobnie jest z obsługą. Obsługiwała nas miła, uprzejma pani. Nie była szalenie nami zainteresowana, ale też nie ignorowała nas złośliwie. Szczerze mówiąc, praktycznie nie zapamiętaliśmy jej obecności (poza drobnym błędem przy zabieraniu naczyń, praktycznie wyrywając je, gdy jedna z osób wciąż gryzła ostatni kęs). Czy to dobrze? Już sami oceńcie. Ja jednak wolę choć odrobinę obsługę zapamiętać, zamienić kilka słów, czy też jeden suchy żart.

Wybór:
Wybór burgerów z pozoru wydaje się mały. Jest tylko pięć podstawowych opcji z wołowiną plus jeden burger tygodnia (gdy odwiedzaliśmy lokal był to świetnie zapowiadający się „Ocean Rising” z krewetkami, cebulą marynowaną, papryką, pomidorkami koktajlowymi, pietruszką, sałatą i majonezem). Dla mięsożerców to mało. Na szczęście jest jeszcze burger z kurczakiem i (ciekawostka) z indykiem, ale wciąż czułem lekki niedosyt. Jako mięsożerca chcę, by burgerownia dbała o mnie, nie o wegan. A trzeba przyznać, że Rock Burger o opcję wegetariańską (lub o około wegetariańską) dba. Do wyboru mamy aż 4 „burgery” (tak, burger bez mięsa to NIE burger i zasługuje na cudzysłów!). Brzmią ciekawie (szczególnie "Bitter Sweet Symphony" z grillowanym ananasem i serem pleśniowym), ale wciąż – nie po warzywa przychodzi się do burgerowni. Poza tym, ceny burgerów są naprawdę niezłe: od 14 do 21 złotych za porcję.

Na koniec warto jeszcze wspomnieć, że nie napijemy się w Rock Burgerze alkoholowego piwka. Jedyne „okołopiwowe” coś, co można nabyć, to Bavaria 0% w buteleczce 0,3 litra.



Burgery:
Wreszcie przechodzimy do meritum. Mięcho! Zamówiliśmy "Back To The Roots" (burgera w kromalach wiejskiego chleba z goudą, ogórkiem kiszonym, pomidorem, czerwoną cebulą i sałatą), "My Generation" (z cheddarem, goudą, haloumi, pomidorem, ogórkiem, rukolą, sałatą i sosem BBQ) oraz "Spagetti Incident" (z mozzarellą, pesto, pomidorem, kiełkami brokuła i szpinakiem). Czekaliśmy dobry kawał czasu na wszystkie trzy (około 20-25 minut), ale podano nam wszystkie (prawie) jednocześnie.


Pierwsze wrażenie? „Kromale” to zwykłe kromki, rozmiar normalnego chlebka, więc nazwa jest zdecydowanie myląca. Wszystkie nasze burgery były dość drobne, wydawały się najmniejsze, choć przecież wszystkie miały 180 g. mięcha. To pewnie przez bułki (bardzo smaczne, świeże i chrupiące), które do dużych nie należą, więc i mięcho jest grubsze, ale efekt tworzy wrażenie małych burgerków. Na szczęście to tylko wrażenie. Porcje są syte. Nie zapchają was, ale (szczególnie w połączeniu z frytami) zaspokoją głód.

A samo mięcho? Nikt z nas nie miał mu nic do zarzucenia. Smaczne, dobrze wysmażone (choć przecież grubsze i łatwiej, by zadbać o sam środeczek) i delikatnie ostre. Przyprawy nie zabijały smaku mięsa, a kompozycje smakowe dobrze się uzupełniały. Sosy także pasowały do mięcha, tylko było ich naszym zdaniem za mało (szczególnie sosu BBQ). A fryty? Wyglądały świetnie, smakowały świetnie i świeżo. Nawet jeżeli były mrożone, to przygotowano je znakomicie.


Podsumowując, łatwo zrozumieć skąd wzięła się sława Rock Burgera i trudność trafienia na negatywną opinię o burgerowni. Bo choć mogliśmy na kilka rzeczy ponarzekać, choć przerażał obraz mordu na ścianie, to wyszliśmy syci i zadowoleni. A przecież to jest najważniejsze, zatem z czystym sumieniem możemy Rock Burgera polecać i słuszność świetnych opinii potwierdzić.


P.S. Rok temu Rock Burgera odwiedzili Marija i Adrian - czy bardzo różnią się nasze opinie o tym lokalu? Do sprawdzenia tutaj!

ROCK BURGER
Ul. Szewska 27-27A

Share:

1 komentarze

  1. Poczuj rocka i rozpoznaj grafikę z "The Wall" Pink Floyd. Ja jednak, pomimo bycia miłośnikiem takiej muzyki, pociągu do "Rock Burgera" nie czuję. Jadłem tam jakoś w zeszłym roku. Moje wspomnienia: smak trochę poniżej przeciętnej, do tego za dużo sosu, który wyciekał tak, że do widocznej na zdjęciu instrukcji "trzymasz, ściskasz, gryziesz" nie chciało się stosować.

    OdpowiedzUsuń