-->

Moaburger



Prawie rok temu drużyna Widelca wyruszyła sprawdzić, co ciekawego jest w nowo otwartej burgerowni na Placu Solnym – Moa Burger. W drużynie tej brakowało jednak nadwornego burgerokrytyka, czyli mojej skromnej osoby. Postanowiłem zatem naprawić to niedopatrzenie i jednocześnie sprawdzić, czy po roku dalej jest „smacznie i syto”.



Nie będę powtarzał celnych uwag Magdy – poprzednią recenzję Moa Burger możecie przeczytać TUTAJ. Dlatego też o wystroju ani lokalizacji napiszę tylko kilka słów: lokalizacja świetna, w końcu Plac Solny, wystrój skromny, dominuje biel, która nadaje całości odrobinę szpitalno-sterylny feel (choć to może tylko moje odczucie).

Do rzeczy zatem! Menu nieźle rozbudowane – znajdziecie tam m.in. boczek, krewetki, nachos, awokado, buraka, ananasa, jagnięcinę, a nawet hummus. Jest w czym wybierać, a na dodatek mamy burgera tygodnia, którego kompozycje (szczerze przyznaję) brzmią bardzo kusząco praktycznie za każdym razem, gdy zdarzy mi się je poznać (nawet jak tylko wpadam, widzę tłok, czytam promocję i wypadam).


W menu mamy też wybór shake’ów opartych na lodach pomieszanych ze skruszonym lodem i syropem smakowym do wyboru. I właśnie od shake’a zacząłem, w końcu co lepiej pasuje do gorącego kawału mięcha jak nie zimny napój mleczny? ;-)
Muszę przyznać, że był to dobry wybór. Może i brak tu szaleństwa, kombinacji składników i wyszukanego podania, ale shake jest smaczny i nie morderczo ciężki (w smaku blisko mu do shake’a z McDonalda, jakby miał wersję light + naturalniejszą).

Po przystawce w formie słodkiego deseru możemy przejść do prawdziwego celu moich odwiedzin – mięcha. Wybrałem burgera Surf’n’Turf z grillowanymi krewetkami, majonezem czosnkowym, sałatą, pomidorem i majonezem. Krewetki uwielbiam, burgery takoż – what could go wrong?


Mięcho dostałem po około 20 minutach, przy knajpie mniej więcej w połowie pełnej. Klasycznie zapakowane, bez dodatków – tylko ja i burger. Wszystkie plotki i ploteczki potwierdzam – rzeczywiście jest duży, wydaje się nawet bardzo duży, ponieważ mięso jest dość cienkie. Dzięki temu dostajemy wielkiego burgera, ale bez problemu damy radę go objąć paszczęką.

A jak ze smakiem? Mięso dobrze komponowało się z resztą składników – krewetki były delikatne (preferuję mocniej przysmażone i doprawione, ale nie było źle), dominował czosnkowo-majonezowy smak i aromat. Sam burger średnio wysmażony (choć Pani nie pytała o stopień wysmażenia), różowiutki w środku, także mało doprawiony, jakby cały Surf’n’Turf miał przede wszystkim uraczyć łagodnością, subtelnością smaku i aromatu.


Oczywiście możemy też negatywnie zinterpretować burgera jako źle przyprawionego i pozbawionego smaku, ale nawet pomimo tego, że zdecydowanie wolę ostre i mocno doprawione mięcho, nie skłaniam się ku tej interpretacji i wydaje mi się, że efekt był zamierzony i po prostu wybrałem burgera dla osób o czułym podniebieniu. ;-)

Magda narzekała rok temu na wylewający się sos, którym przesiąkała cała buła zanim zdążyło się ją pochłonąć. Ja na szczęście tego problemu nie miałem. Sosu było w sam raz, buła nie była sucha, widać udało się Moa Burger znaleźć złoty środek pomiędzy mokrą robotą a suchotami ;-)



Podsumowując: Chciałem się pokłócić z Madzikiem, ale nie mogę. Było smacznie (choć bez rewelacji) i sycąco (choć dałem radę wpierdzielić i burgera i shake’a). Ceny wcale nie małe, bo np. mój Surf’n’Turf kosztował mnie 27 złotych, ale można przecież wybrać klasycznego za znacznie rozsądniejsze 17. Muszę sprawdzić jeszcze jakiegoś ostrego burgera, by rozwiązać zagadkę „subtelny czy nieprzyprawiony” i moja opinia będzie kompletna. Innymi słowy – jest dobrze, tylko ta szpitalna biel w lokalu…

PLUSY:- duży wybór
- ciekawe kombinacje smaków
- niezłe shake’i
- spore porcje

MINUSY:- ten szpitalny klimat
- stosunkowo mało miejsca w lokalu

MOABURGER
Pl. Solny 10


Share:

0 komentarze