-->

Kuźnia Smaku



Jest takie miejsce we Wrocławiu, które dość głęboko zakorzeniło się w naszej podświadomości. Jakby usiadło i czekało kiedy w końcu zdecydujemy się tam zajrzeć, bo zawsze jakoś tak nam nie po drodze, a to szukamy czegoś bardziej modnego, a to mamy ochotę na coś bardziej wyrafinowanego/orientalnego/street-foodowego* (*niepotrzebne skreślić). W końcu jednak nadszedł ten dzień i zdecydowaliśmy się zejść do piwnic Kuźni Smaku. I zdecydowanie był to błąd.

Błąd polegał na tym, że nie przyszliśmy tu wcześniej. Miejsce jest bardzo niepozorne, zdecydowanie nie podąża za najnowszymi trendami w urządzaniu wnętrz, jednak kuchnia stoi tutaj na naprawdę wysokim poziomie. Trochę zaspoilerowałam całą recenzję, ale mam nadzieję, że doczytacie do końca.

Kiedy już zeszliśmy do piwnic Kuźni, zajęliśmy miejsce na sofach i zaczęliśmy przeglądać menu. Nie ma co ukrywać, poczuliśmy się troszkę jak na obiedzie u babci Zosii - te kanapy, obrusy, obrazy. Jest w tym pewien urok, ale nie przekonał nas on do siebie. Kuźni przydał by się mały lifting, by to miejsce trochę odświeżyć, nadać mu lekkości (lokal jest położony w piwnicy, więc niestety brak tu naturalnego światła słonecznego) i dodać odrobinę nowoczesności. Jednak spokojnie możecie tu zabrać na obiad babcię/dziadka, czy bardziej tradycyjnych rodziców.

Menu Kuźni jest... ogromne. Książka z jakimiś 15stoma, jak nie 20stoma kartkami a4 z rozpisanym menu wzbudziła w nas lekkie przerażenie - wszak tyle się teraz mówi, że karta powinna być jak najkrótsza, zmieniana co sezon, a Madzia G. w popularnym programie telewizyjnym uczy nas, że długa karta jest gwarancją, że składniki nie mogą być świeże i skazani jesteśmy na mrożonki.

Postanawiamy jednak dać szansę i spróbować specjałów Kuźni. Na start wybieramy zupy. Adrian decyduje się na żurek gotowany na wędzonce i domowym zakwasie z jajkiem i kiełbasą (cena: 10zł). Żurek bardzo klasyczny: kwaśny, gęsty i przede wszystkim bardzo smaczny. Duża ilość dodatków sprawiła, że już samą zupą Adrian mógł się porządnie najeść.

Ja decyduje się na pozycję z sezonowej karty. Kuźnia proponuje w niej krem ze świeżych borowików z prażonymi orzechami włoskami (cena: 14 złotych). Jak dowiedzieliśmy się od kelnera, borowiki w tym roku nie obrodziły i w zastępstwie cała "borowikowa karta" została zaaranżowana na "kartę kurkową". Tak czy siak, miałam ochotę na grzybową zupę, więc decyduję się na krem ze świeżych borowików kurek z prażonymi orzechami włoskami (cena: 14złotych). Chwilę później pojawiła się przede mnie wielka miska kremu kurkowego - i cóż mogę powiedzieć więcej? To zdecydowanie jedna z najlepszych zup jakie jadłam do tej pory - gęsty, aromatyczny, z dużą ilością grzybów. Nie tylko pachniał  obłędnie, ale tak samo smakował. Ten krem zdecydowanie skradł mi serce i uplasował się na szczycie listy najlepszych zup, jakie było mi dane zjeść (a bardzo długo moim numerem jeden była zupa bowikowa z diablotką w The Winners Pub). Żałuję, że ta pozycja to tylko propozycja sezonowa w Kuźni i nie będzie mi danie jeść jej częściej.

Do zup otrzymaliśmy również koszyczek z foccacią (w sumie to Adrian dostał ją do żurku, ale nie powstrzymało mnie to przed pożarciem mu połowy porcji). Foccacia wypiekana jest na miejscu, codziennie rano w kuchni Kuźni Smaku. Świetna, świeża przegryzka do intensywnych w smaku zup.


Po tych wielkich porcjach zup niewiele nam zostało w brzuchach miejsca na dania główne - jednak już zamówione, więc pozostało tylko czekać i liczyć na to, że nie będą to porcje olbrzymie. Łudziliśmy się bardzo - Kuźnia zdecydowanie jedzenia nie żałuję , porcje są ogromne, tak samo jak talerze na których są podane. I to wielki plus: nie ulegli słabej moim zdaniem modzie współczesnej gastronomii, gdzie wielki talerz jest tylko tłem dla (można by rzec) "degustacyjnej" porcji dania. Tutaj talerz wypełniony jest po brzegi - tylko gdzie to wszystko zmieścić, bo dużych i sytych porcjach zupy?

Na pierwszy ogień idą: żeberka wolno pieczone podawane z ziemniakami ziołowymi z pieca oraz kapustą zasmażaną z kapusty kiszonej z podgrzybkami (29zł). Mięso jest świetnie wypieczone, delikatne, a przy tym bez problemu odchodzi od kości. Żeberka podane są z ziemniaczkami, kiszoną kapustą oraz niewymienionym w menu sosem musztardowym. Adrian doprawił by je odrobinę ostrzej i całość posmarował jakąś słodką glazurę, tak by mięso nie było suche, jednak kiedy to mówił pałaszował swoją porcję ze smakiem - więc nie do końca mu dowierzam, że coś w tym daniu było nie tak :) Danie bardzo proste, można by powiedzieć, że typowo domowe - wykonane zostało perfekcyjnie, dodatki świetnie komponowały z pieczonym mięsem.



Ja po sukcesie kurkowej zupy decyduję się na kolejną pozycję z karty sezonowej, a jest nią: polędwiczka wieprzowa sous vide podana z ziemniakami paryskimi oraz ciepłą sałatką z borowików kurek, czerwonej cebuli, cukinii i pomidorków koktajlowych z dodatkiem masła czosnkowego i sosem chimichurri (39zł). Nie ukrywam, że do tego dania podeszłam trochę niepewnie (kilka dni wcześniej miałam nieprzyjemność jeść polędwiczkę wieprzową w Restaurant Michel, co pozostawiło w mojej psychice drobny uraz do tego mięsa). Obsługa jednak zapewniała mnie, że ta kompozycja jest jedną z ulubionych pozycji z karty wśród stałych gości lokalu. A więc: Raz kozie śmierć (chociaż bardziej aktualne byłoby: raz śwince śmierć!).
I kolejny raz zostałam zaskoczona w Kuźni wielkością porcji. Powiedzieć, że danie główne było... duże - to zdecydowanie za mało. Sążny kawał polędwicy przygotowany metodą sous-vide był bardzo delikatny, mięciutki i soczysty. Zdecydowanie zatarł złe wrażenie po ostatnim daniu z tego mięsa.
Ciekawostką tego dania był sos chimichurri, z którym nie spotkałam się wcześniej. Podstawą chimichurri jest natka zielonej pietruszki, oliwa, sok z cytryny i papryczka chili. Dzięki tym składnikom sos nabiera bardzo specyficznego smaku - jest lekko ostry, ale jakby i cierpki. Świetnie dogrywa się ze smakiem serwowanego obok mięsa.


W związku z tym, że sezon grzybowy chyli się ku końcowi, nową ofertą sezonową mają być dania z dynią w roli głównej. Kończąc tą pieśń pochwalną ku czci Kuźni Smaku: musicie nam wybaczyć jakość zdjęć, nagimnastykowaliśmy się, by zdjęcia wyszły "jako takie" w tym niestety dość ciemnym lokalu. To do czego chcę Was zachęcić, to: dajcie szansę temu miejscu i nie podchodźcie do piwnic Kuźni jak pies do jeża (czyli tak, jak my to robiliśmy ostatnie kilka miesięcy). Chociaż wystrój nie każdemu musi przypaść do gustu, to kuchnia broni się rękami i nogami - jest pysznie!
Szef kuchni - Kamil Szczęsny - zdecydowanie wie co robi, a przede wszystkim dba o to, by w pełni zapełnić nawet najbardziej głodne brzuchy.


KUŹNIA SMAKU
ul. Kuźnicza 57/58
Kuźnia Smaku Menu, Reviews, Photos, Location and Info - Zomato



Share:

2 komentarze