-->

Korba - Restaurant Week 2017


Nie będę tutaj udawał wielkiego Ważniaka - tegoroczny Restaurant Week Polska był moim pierwszym, w którym zdecydowałem się zasmakować popisowych menu restauracji.


W poprzedniej edycji miałem przyjemność uczestniczyć w festiwalu "od drugiej strony", więc z absolutną przyjemnością celebrowałem moment, w którym to w okół mnie "latano" :). Wybrałem Korbę, bo zainteresowała mnie jako miejsce. Z resztą taka jest idea festiwalu - żeby zachęcić do odwiedzania restauracji w celu sprawdzenia, co oferują i jaki poziom prezentują. Z wiekiem moje preferencje towarzyskie zmieniły biegun z knajp i klubów do wypadów w bistra i restauracje, dlatego tym razem zebraliśmy się w cztery sztuki: trzy piękne panie i ja (żyć nie umierać!).

Krótko o wnętrzu: przestrzenne, nowoczesne, ciemne z dużą ilością światła. Są barowe hokery, wygodne kanapy i regularne stoliki z krzesłami. Idealne zarówno na intymne spotkanie, lunch czy wypad w kilka osób. Nakryty stół już na Nas czekał, więc nie pozostało nam nic innego, jak zasiąść, napić się powitalnego aperitif ( czyli festiwalowego drinka Martini Royal) i cieszyć się swoim towarzystwem (z karafką bardzo dobrego, hiszpańskiego wina w tle).


Obsługa na początku była bardzo przeźroczysta i trochę nieobecna. Podejrzewam, że przez zamieszanie podczas zapraszania gości do stolików. Z czasem jednak pokazała swoje miłe i przyjazne oblicze. Brakowało mi merytorycznej strony kolacji, czyli dokładniejszego opisywania dań, czy też krótkiej opowieści na wstępie, co nas czeka i dlaczego akurat takie menu. Wszystkie moje piękne towarzyszki to decydowani mięsożercy, dlatego mnie przyszło wypróbować menu wegetariańskie (oczywiście podjadałem każdemu z talerza). W bardzo szybkim czasie podano nam przystawki, dlatego nos w talerze i zaczynamy!

Na pierwszy ogień przyszło nam spróbować Consomme z gęsi podane z sakiewkami nadziewanymi filecikami z królika i prażonymi kasztanami, z nuta tymianku. Niestety przystawki były bardzo słabym punktem kolacji. Consomme było jego zaprzeczeniem, bo oprócz pięknego, przeźroczystego koloru i mocnego zapachu wędzonki nie miało... smaku. Było bardzo wodniste i niewyraźnie, smak kieszonek całkowicie się gubił. Szkoda tak wysublimowanego farszu. Jak na gęsinę, która jest bardzo charakterystyczna, to mocny niewypał. Drugą przystawką była zapiekana figa z serem pleśniowym podana z chutneyem żurawinowym z miętą. Co do figi całość została zdominowana przez chutney żurawinowy (w którym niestety nie czułem mięty). Był moment, w którym natrafiłem na figę, ser, żurawinę i bazylię i to był moment, w którym zrozumiałem autora tego dnia, bo połączenie bardzo nęcące. Niestety było to trzydzieści sekund na dziesięć minut przystawki.


Po pierwszym niesmaku czas na danie główne. Ja otrzymałem pieczony w liściach bananowca, filet z karmazyna podany z pieczonym w ziołach selerem, burakiem chilli, puree z marchwi imbirowej i chipsem z korzenia lotosu oraz kremowym sosem jogurtowym z kolendrą. Tutaj cała otoczka dania bardzo dobrze się broniła- zwłaszcza sos jogurtowy, który w smaku bardziej przypominał beszamel. Niestety Karmazyn był suchy. I nie trzeba być Szerlokiem, żeby wiedzieć dlaczego: filet zamiast być usmażony na bieżąco został odgrzany w piecu (prawdopodobnie konwekcyjnym). Strzał w kolano podczas kolacji degustacyjnej. Chipsa z korzenia lotosu nie zauważyłem. Może wy znajdziecie na zdjęciu? Dziewczyny natomiast cieszyły się cząstkami z dzika duszonymi w warzywach, podanymi z puree morelowym, kluskami śląskimi z nutą jałowca i musem na bazie wiśni i czerwonej cebuli. I słowo "cieszyły" jest tutaj bardzo uzasadnione, bo mięso delikatne i pyszne, kluski jak u mamy (a moja  akurat "ze ślunska" pochodzi). Największe pochwały kieruję do musu wiśniowo- cebulowego, bo w połączeniu z mięsem był naprawdę obłędny!

Na deser zaserwowano nam klasyczne brownie podane z kremem mascarpone i karmelem oraz korzenną gruszką nasączoną rumem i owocami grantu. "Klasyczne" to bardzo trafne określenie, zamieniłbym je nawet na "podręcznikowe". Było jednym, wielkim, pysznym blokiem pieczonej czekolady, wartym każdego grzechu. O kremie mascarpone i karmelu się nie wypowiem, bo najzwyczajniej ich w tym daniu nie było. Moje podniebienie natomiast cieszył sernik z mango z sosem porzeczkowym i ciastkiem cygaretkowym. Po pierwszym kęsie w mojej głowie pojawiła się tylko jedna myśl: CHCĘ PRZEPIS! Był obłędnie pyszny i nieprzyzwoicie lekki, mógłbym go jeść godzinami.



Moje wrażenia z kolacji są 50:50. Bardziej cieszyłem się towarzystwem, niż kolacją samą w sobie. W plebiscycie gości Korba zajęła drugie miejsce we Wrocławiu, czego im serdecznie gratuluję. Niestety musiałem mieć pecha, że akurat podczas mojej wizyty trafiło się kilka pomyłek. Jesteśmy ludźmi i gorsze dni trzeba czasem wliczyć w rachunek. Jeśli chcecie wiedzieć więcej, zobaczcie koniecznie relację z wizyty Adriana tutaj  KLIK!.

PS: Na deser zostawiłem Wam bardzo ciekawe godziny otwarcia tego lokalu :)


KORBA KUCHNIA
Ul. Św. Mikołaja 18-20
 

Share:

2 komentarze

  1. Tylko co ten karmazyn robi w menu wegetariańskim?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bardzo podobne pytanie zadałam w innej restauracji podczas tej edycji RW :)
      Niestety niektórzy dalej nie rozumieją (bądź zrozumieć nie chcą), że ryby nie jest wege :)

      Usuń