-->

Nie bądź świnia - szanuj wegetarianina!

Prowadzenie bloga i możliwość publikowania swoich przemyśleń, które docierają do szerokiego odbiorcy, jest niewątpliwie wielką przyjemnością i szansą na inicjowanie czasami publicznej debaty.
Sprawia mi to wiele frajdy - może dlatego, że jednak stanowi to realizację mojej pasji i nie determinuje mojego codziennego być albo nie być, więc mam do tego swobodne podejście.
Czasami w związku z tą możliwością wpadam na szalone pomysły, żeby wypowiadać swoje zdanie na jakieś tematy. Pomysły takie w zasadzie są karczemne już u źródła, ale jestem odważna, więc najwyżej sama sobie założę betonowe buty i włożę kij w mrowisko. Taka już jestem - szalona i niemądra (to pewnie przez warzywa :P).

Nie chciałabym, żeby ten tekst był jakimś coming outem - nie róbmy scen! Nie wychodzę z podziemia, choć trochę się tak czuję (nie wiem dlaczego). Gdyby jednak wyszła z tego zbyt duża pompa, a patos wylewał się uszami - dajcie znać w komentarzach - tekstu nie zmienię, ale przynajmniej dowiem się, co myślicie ;)

Otóż w kilku słowach chciałabym opowiedzieć Wam, jak to jest być w moich oczach (i na podstawie mojego doświadczenia) wegetarianiem w tym rolniczym kraju. Przygoda jest to przednia i pewnie nie wszyscy z Was zdają sobie sprawę, że dzieją się różne takie sytuacyjki.

Nie jestem żywym uosobieniem Pani Wiosny, nie jadam tylko sałaty polanej pajęczym sosem.
Odnoszę wrażenie, że wegetarianizm i weganizm niektórym kojarzy się z czymś tak odległym i dziwnym, że ludziom kręci się w głowie, jak myślą o tym sposobie odżywiania. Naprawdę, nie musicie się zastanawiać, jak taktownie zapytać czy jesteśmy wege, żeby nas nie urazić (true story). Poprawność polityczna tutaj nie obowiązuje. My po prostu nie jemy mięsa. Kurtyna! Jeśli pytasz mnie, co mi ugotować, jak przyjdę i para wychodzi uszami, tak mocno się zastanawiasz - podpowiem: to, co Ty, ale bez kotleta, kawałków mięsa gdziekolwiek będą, skwarek i sosu pieczeniowego. Nie zjem zupy gotowanej na kościach i porcji rosołowej, ani kaszy polanej tłuszczem po pieczonym mięsie. Jeśli naprawdę dalej nie wiesz - daj mi ziemniaki i surówkę - to też jest  pyszne jedzenie.

Jesteś dla mnie dziwnym eksperymentem - zadam Ci jeszcze kilka pytań kontrolnych.
Jestem wegetarianką od kilku lat i za każdym razem spotykam się z tymi samymi pytaniami od osób, które wege nie są. Muszę powiedzieć, że zaczyna mnie to trochę denerwować, ale nie dlatego, że ludzie są ciekawi (bo to nawet dobrze, że się zastanawiają - chętnie podejmę dyskusję i porozmawiam o mojej roślinnej kuchni), tylko dlatego, że te pytania są w większości irytujące w swojej treści i jest ich bardzo, bardzo dużo. Powiedzmy to tak: Ty zadasz mi dwa, trzy pytania i uważasz, że to niewiele. Pomyśl jednak, że dla mnie to jest pytanie numer sto trzydzieści sześć. To samo pytanie numer sto trzydzieści sześć, które w dodatku jest podszyte krzywdzącym stereotypem lub (nie bójmy się tego powiedzieć) głupie. Odpowiem zatem na kilka z nich:
  1. Jesteś wegetarianką? Ale ryby jesz, prawda? - Nie. Ryby również są mięsem, tak samo jak owoce morza. Jeśli myślisz, że jem ryby, to mylisz mnie z jaroszem, który wyklucza drób, wołowinę, wieprzowinę, ale nie mięso rybie. Jeśli ktoś mówi, że jest wegetarianinem i nie je mięsa, a właśnie dostaje na talerzu zamówionego dorsza, to NIE JEST WEGETARIANINEM (nie unoszę się, lepiej zapamiętacie drukowane literki :P). 
  2. A jak się czujesz? Jakie masz wyniki krwi? - doskonałe. Zbilansowana dieta warzywna pozytywnie wpływa na organizm, obniża cholesterol, reguluje trawienie. Badam się regularnie co kilka miesięcy…ale poczekaj, a Ty jakie masz wyniki? 
  3. Nie tęsknisz za schabowym? Ale powiedz szczerze, czasami podjadasz w nocy kabanoski! - nie podjadam. A wiesz dlaczego? Bo nie zostałam wegetarianką na pokaz, ani nie zmuszałam się do tego wbrew sobie. A skoro podjęłam przemyślaną, świadomą i dorosłą decyzję, to znaczy, że niczego sobie nie odmawiam, bo ja nie potrzebuję mięsa. 
  4. Ale z tą ideologią to ty nie tak na serio? Tutaj bywa różnie. Niektórzy od razu zwracają uwagę na ten aspekt, innym zaś zależy jedynie na zdrowszym odżywianiu i nie rezygnowali z mięsa z powodów etycznych. Kwestie humanitarne prędzej czy później się pojawiają u każdego, ale nie zawsze jest to pierwszy motywator. A odpowiadają na pytanie: Ja tak na serio. 
  5. Musisz wydawać mnóstwo pieniędzy na jedzenie, ta quinoa jest przecież droga! - wegetarianizm i weganizm jest prosty. Wiem, ze internet obfituje w wiele skomplikowanych przepisów, które przypominają rocket science czasami - nie korzystam z nich, bo to często przerost formy nad treścią.
    Poza tym powiedzcie mi - dlaczego różnorodna, obfitująca w ciekawe, regionalne i nieznane szerzej składniki potrawa z mięsem nie budzi takich emocji, jak na przykład danie roślinne z wykorzystaniem mniej konwencjonalnych składników? No widzę, że nie wiecie. Ja też nie. 
  6. To jak Ty gotujesz obiady? - Mam dwie osobne kuchenki, osobne garnki oznaczone listkiem i krówką, spędzam większość czasu przy kuchni i przygotowuję codziennie dwa osobne obiady. Uch! Brzydko odpisałam, ale musiałam, już mi lepiej :P Na serio - gotuję to samo plus porcja mięsa, jeśli Michał akurat ma na nie ochotę. Taaaak - dotykam mięsa, przyprawiam, smażę/piekę/gotuję je i mąż ocenia, że jest smaczne. Nie, nie próbuję go - i to nie jest dziwne.
    Wegetarianie i weganie nie spędzają połowy swojego czasu nad garami - ta kuchnia jest prosta, smaczna i kreatywna. Jeśli próbowałeś kiedyś zrobić wegańską potrawę i znalazłeś najdziwniejszy przepis na świecie - trudno, trzeba było brać najprostszy - pewnie byłoby nawet smaczniejsze.
  7. Bez sensu, że nazywacie coś majonezem albo schabowymi, skoro to przecież nijak tego nie przypomina. Wymyślcie sobie swoją nazwę, albo zacznijcie jeść mięso, a nie świrujecie. - a przepraszam nie można nazwać dwóch rzeczy majonezem? Ojej.. nie wiedziałam. Nie przepraszam. Z jednej strony nazwa ma sugerować nawiązanie do konkretnej receptury danej potrawy, od razu podpowiadać, że to roślinna wersja mięsnego dania. To taki drogowskaz dla kogoś, kto szuka zamiennika. Z drugiej strony, jeśli mam sos, który w smaku jest łudząco podobny, albo kotleta, który w sposobie przygotowania jest identyczny (tylko środek nie jest padliną), to nie widzę potrzeby wymyślania nowej nazwy, tylko po to, żeby zadowolić światopoglądowy beton, który się wierci, jak mu się forma zmienia. Polecam Ferydurke W. Gombrowicza do snu, tam was z formy wyleczą ;) 
No mogłabym tak długo, ale tekst się nie przyjmie, więc czas iść dalej.

Chciałabym i życzyłabym sobie nie słyszeć więcej nieprzyjemnych komentarzy ze strony rodziny lub zupełnie obcych sobie ludzi, którzy reagują na mój wegetarianizm wątpliwie śmiesznymi żarcikami lub w ogóle epickimi icebreakerami, po których opada wszystko i nie ma co zbierać. Z mojego punktu widzenia naprawdę nie ma o czym rozmawiać. Wegetarianie wykluczają ze swojego jadłospisu TYLKO jedną grupę produktów - mięso. Jeśli ktoś nie lubi szpinaku, to czy rozprawiasz z nim o tym za każdym razem, jak się widzicie? Szukasz wybrednych żartów, żeby można było się z niego pośmiać? Nie wierzę Ci, jeśli mówisz, że tak.

I jeszcze kilka przykładów z życia, żebyście mieli co komentować:
Zamawiając lunch:
JA: dzień dobry, poproszę pad thai w wersji wegetariańskiej.
OBSŁUGA: czyli z kurczakiem, tak?
...
Podczas warsztatów kulinarnych:
PROWADZĄCY: Kasiu, jesteś wegetarianką! No słuchaj, ostatnio była u nas grupa wegan, przynieśliśmy im na początek wędzoną łapę niedźwiedzia - tak, żeby było śmiesznie na rozluźnienie. Nie śmiali się - chyba nie zrozumieli (śmiech).
Podczas odwiedzin u rodziny:
JA: czy te gołąbki są z mięsem (grzebię w środku, wącham)
X: nie (grobowa mina)
JA: przecież widzę, że są z mięsem mielonym
X: oj, już nie wymyślaj!
I ostatnia scenka, ponownie z warsztatów:
Warsztaty z blind testingiem. Ciemno, jak cholera, degustacja dobiegła końca, zaraz zapalą się światła. Wszyscy wiedzą, że jestem wege, obsługa wie, gdzie siedzę, żeby podawać mi dania niemięsne, sprzątają stół i kręci się wokół mnie kelner, żeby wszystko pozbierać. Coś za bardzo się kręci i kładzie coś koło mnie, ale nadal jest ciemno - nie widzę, co kładzie. Przesuwam ręką po blacie w kierunku szklaneczki z wodą i czuję na ręce futro. Odskoczyłam w kierunku Mariji, mówię jej, że coś tam leży i ma futro. Pan za mną chichocze i mówi, że niczego tam nie ma.
Zapala się światło - przede mną, zamiast talerza leży wypchany lis.
PROWADZĄCY: Kasiu! Chyba się nie gniewasz! Ach ten nasz kelner, taki żart chciał Ci zrobić!
Trzeba ukończyć kurs, inaczej nie pozwolą Ci tego robić.
Na koniec podrzucam filmik, który co prawda mówi o zupełnie innej inności, niemniej chodzi mniej więcej o to samo wzajemne niezrozumienie.


🙈🙉🙊

Przygotowując się do napisania tego tekstu rozmawiałam z wieloma moimi znajomymi, zbierałam materiały i zastanawiałam się, jak to napisać. W znacznej większości (co oznacza, że nie zawsze) osoby z roślinnego kręgu nie zamierzają nikomu narzucać swojego sposobu odżywiania. Po prostu nie jedzą mięsa i uwierzcie mi, chętnie będą o tym dyskutować, pod warunkiem, że pytanie wynika ze szczerej ciekawości. Podejmowanie dyskusji i odpowiedź po raz setny na szydercze pytanie: To co ty właściwie jesz? Żywisz się powietrzem?! nie jest śmieszne, jakkolwiek nie miałabym luźnego spojrzenia i poczucia humoru. Szanowanie środowiska naturalnego i respektowanie praw zwierząt jest prostsze, niż nam się wydaje i nadal jedząc mięso, możecie się przyczyniać do dobrostanu naszych futrzastych przyjaciół. Ciekawy artykuł na ten temat napisała moja wegańska koleżanka z Warszawy KLIK!


Całuski
Katarzynka 💚

//Photo credit: nolnet on Visualhunt.com /CC BY-NC//

Share:

0 komentarze