-->

Wilk Syty

Będąc wegetarianką od kilku już lat czasami tracę rozpęd i mam okres pustyni kulinarnej. Wściekam się, że nie mam pomysłu na kolejny obiad do pracy. Protestuję, że nie ugotuję już nic więcej i jestem wtedy w odwrocie od obecności w kuchni.

Kiedy napada mnie (dosłownie napada, bo to przychodzi bez ostrzeżenia!) taki stan, staram się radzić sobie z sytuacją na dwa sposoby. Rozwiązanie pierwsze: posiłkuję się książkami o kuchni roślinnej, których posiadam w swojej kolekcji kilka, i w zależności od zasobności lodówki, jednak podejmuję próbę zdobycia niemożliwego. Rozwiązanie drugie: wracam myślami do ulubionych roślinnych miejsc, w których zawsze zjadam coś pysznego i mniej więcej pamiętam, jak mogłabym to przygotować sama.

Wilk Syty jest właśnie jednym z takich kół ratunkowych, które rzuca mi pamięć, gdy tonę w rozpaczy i męczy mnie wegetariańska, kreatywna pustka. Kiedy niespełna rok temu otworzyli swoje drzwi na wrocławskim Nadodrzu wybraliśmy się tam z Michałem od razu, żeby zobaczyć jakie będzie zainteresowanie i co Wilk zaproponuje - w skrócie wybadać teren. No i nie zmieściliśmy się do środka, tyle osób postanowiło zrobić dokładnie to samo, co my... Pomyślałam sobie wtedy, że to chyba nie dzieje się naprawdę! Nie wiedziałam wówczas jeszcze, że Wrocław jest tak chłonny i zniecierpliwiony w oczekiwaniu na wegańskie lokale gastronomiczne. W ten kwietniowy dzień wyszliśmy z kwitkiem i jakoś długo nie było nam tam po drodze.

PRZYPADEK? NIE SĄDZĘ..
Pierwszy raz, kiedy wreszcie (sic!) spróbowałam czegoś wilkowego były Specjały Nadodrza w połowie listopada 2017. Przyznaję, byłam wtedy lekko zawstydzona, że oto ja - wegetarianka pełną gębą, skręcająca w stronę weganizmu nawet dość często, nie była tu wcześniej i dopiero festiwal spowodował, że jestem i zaraz coś tu zjem. Wilk Syty zaproponował wtedy kulebiaka z wędzoną śliwką, gruszką i kapustą oraz brownie truflowe ze śliwką (zdjęcie poniżej), a do mnie dotarło, jakim wielkim niedopatrzeniem był fakt, że jeszcze tu nie przyszłam! Kulebiak był obłędnie pyszny! Nie wiem, czy to fakt, że kwaśny smak chodził za mną wtedy od dawna, że tak mi to smakowało, ale do dzisiaj jestem im wdzięczna, że przygotowali to cudeńko.
Na zdjęciu propozycja z Wilka Sytego podczas Specjałów Nadodrza.
FILMS FOR FOOD
Kolejnym razem spotkałam się z propozycją Wilka Sytego podczas festiwalu FFF w Kinie Nowe Horyzonty. Wtedy też mogłam posłuchać i poznać trochę osobę, która za Wilkiem stoi i niewątpliwie dużą satysfakcję sprawiło mi słuchanie jej wypowiedzi po projekcji filmu, bo oto okazało się, że podzielamy opinie na temat trudności roślinnego świata w Polsce, świadomości społecznej wobec tematu wege i wegan oraz dróg, jakimi możemy docierać do szerokiego odbiorcy. Po projekcji Wilk Syty przygotował przepyszny deser oprószony delikatnie złotem i migdałami, które było jednym z lepszych brownie, jakie jadłam. Nie mogłam tego tak zostawić.

SPOTKAJMY SIĘ W WILKU...
No i stało się! Na pierwszą wizytę w Wilku Sytym umówiłam się z koleżanką, która jest weganką, więc było to idealne miejsce na ploteczki przy roślinnym obiedzie. Stąd też wzięło się nasze widelcowe zdjęcie w tle na fejsbukowym profilu :) Trzeba wspierać roślinną kuchnię, jak się da!
Jedzenie dostałyśmy naprawdę bardzo szybko, a podanie mnie wprost zachwyciło. To jest klimat  utracony na zawsze, który pamiętam ze starej Machiny Organiki...
Kolorowe, świeże, pełne po brzegi talerze, a w nich przeróżne dodatki połączone niby niezobowiązująco, ale bardzo sprytnie i smacznie. Zarówno Polish curry (22 PLN) (po lewej), jak i Gołąbki Przekładane (23 PLN) (po prawej) bardzo nam smakowały i prawdę powiedziawszy nie dojadłam wszystkiego, żeby móc jeszcze spróbować deseru! Gołąbki były podane w zupełnie inny sposób, niż się tego spodziewałam, bardziej w formie lasagne, niż znanych nam zawijanych  w kapustę pękatych paczuszek, niemniej było to bardzo smaczne połączenie. Sos dyniowo-pomidorowy był świetny! Niczego bym tutaj nie zabrała, a już na pewno nie pomarańczy. Jedliście kiedyś gołąbki z pomarańczą do przegryzki? Nie?! No to zapraszam do Wilka, kiedy znowu będą je tak podawać. Sztos!
Na zdjęciu menu obowiązujące w styczniu: po lewej Polisz curry (GF) 22 PLN; po prawej Gołąbki przekładane 23 PLN
Za drugim razem grono zaproszonych było liczniejsze, więc mogliśmy spróbować większej ilości propozycji - nadal w ramach menu obowiązującego w styczniu. Ponieważ trafiliśmy wtedy na całkiem spory ruch i Wilk pękał w szwach, mogliśmy spróbować tylko niektórych opcji. Nie przeszkodziło nam to w zamówieniu bardzo smacznych dań: po lewej Gołąbki Przekładane (22 PLN); po prawej Pieczone Ziemniaczki/GF (10 PLN) i mała Zupa jarzynowa (6 PLN); na górze i na dole zdjęcia Vegannuggetsy (23 PLN).
Jak widzicie po zdjęciach porcje były naprawdę zacne i nawet jeśli komuś przychodzi na myśl marudzenie, że za ponad 20 zł gdzie indziej można zejść i napić się dwa razy - odpowiem: być może, ale w Wilku płaci się za zdrowie, witaminy i zbilansowane wegańskie danie, które nie obciąża żołądka, tylko zdrowo karmi, a porcją mogliby konkurować i spokojnie wygrać z niejedną restauracją we Wrocławiu. O!
Pieczone ziemniaczki (10 PLN) były podane z bardzo świeżym, w klimacie meksykańskim sosem serowym z czarną fasolą, kolendrą, granatem i jalapeno, a zupa jarzynowa (mała 6 PLN) - dotarła gorąca! - przypominała najlepsze obiady mamy po powrocie ze szkoły do domu.
Najwięcej należy jednak poświęcić uwagi Vegannuggetsom (23 PLN), ponieważ nasze zamówienie zawierało je podwójnie i Michał na kilka uwag (sic!) :) Mianowicie sos musztardowy do teraz wspomina ze wzruszeniem, ponieważ bardzo dobrze jego zdaniem uzupełniał nuggetsy. Chciałby jednak poprosić, aby może rozważyć dodanie dwóch nuggetsów kosztem sosu BBQ, bo jak mi powiedział ledwo mu seitanowe nuggetsy posmakowały, a już w zasadzie ich nie było. Składam zatem wniosek formalny - a co gdyby jednak nuggetsów było więcej..? Something to think about :)
Na zdjęciu: po lewej Gołąbki Przekładane 22 PLN;
po prawej Pieczone Ziemniaczki (GF) 10 PLN i mała Zupa jarzynowa 6 PLN;
na górze i na dole zdjęcia Vegannuggetsy 23 PLN
KTO BOGATEMU ZABRONI
Najświeższe wspomnienia z Wilka Sytego mamy z dzisiaj, kiedy to postanowiliśmy żyć super ekologicznie i być prawdziwymi mieszkańcami wielkiego miasta. Zależało mi, żeby odwiedzić Wilka przynajmniej jeszcze raz, ale już z nowym menu, żebym mogła napisać cokolwiek więcej (choć i tak wena mnie coś nie opuszcza.. :)), więc sobotni obiad upraszał się tam idealnie. Jak prawdziwe miejskie rekiny wsiedliśmy w Vozillę* i popędziliśmy ekologicznie przez miasto na obiad.
Wspaniale nam się to udało, a zamówione dania doskonale trafiły w nasze odmienne gusta. Zamówiliśmy Talerz Wilka (22 PLN) oraz No-Fish Bowl (23 PN) i świetny kompot Wilka (6 PLN).  Talerz Wilka to bardzo dobra opcja dla kogoś, kto jest wilczo głodny i ma ochotę spróbować po trochę kilku rzeczy jednocześnie. W lutowej edycji mamy buraczany hummus, bardzo dobre grzanki, pieczoną brukselkę, chipsy warzywne, bakłażana, oliwki i sałatkę. 
Prawdę powiedziawszy zaczynam się obawiać, żeby zabierać tam Michała, bo dzisiaj usłyszałam na przykład: Katarzynka, widzisz - gdybyś robiła brukselkę tak, jak tutaj, to ja bym ją jadł o wiele chętniej, niż dotychczas! albo: No i proszę Katarzynka, to jest BARDZO dobrze przyrządzony bakłażan, widzisz? Tak powinien być zrobiony idealny bakłażan, spróbuj. Więc zawstydzona zapytuję - czy może Wilk Syty nie zrobiłby warsztatów kulinarnych dla żon takich, jak ja? Takich, które się nagle dowiadują, że ich brukselka jednak nie jest najlepsza? Będę wdzięczna za rozpatrzenie prośby..
No-Fish Bowl natomiast bardzo przypadł mi do gustu, ponieważ ja zdecydowanie lubię kwaszonki, kiszonki i inne kwasiory, a w towarzystwie świetnego tofu a'la rybka wszystko smakowało rewelacyjnie. Nie oddałabym ani jednego składnika - bo wszystko doskonale się uzupełniało i było doprawione bez zarzutu (składniki dania wrzucam w menu na końcu wpisu).
Na zdjęciu: po lewej No-Fish Bowl (23 PN), po prawej Talerz Wilka (22 PLN)
Na zdjęciu: po lewej menu obowiązujące do 31.01.2018, po prawej menu obowiązujące od 01.02.2018
Na koniec napiszę jeszcze tylko, ze w Wilku Sytym na pewno po sporym i zdrowym obiedzie możemy liczyć na pyszności z lodówki ze słodyczami. Mają tam obłędne ciasta, nie tylko dla wielbicieli czekolady, ale także dla tofurnikomaniaków, szarlotkowiczków i innych łasuchów. Wrzucam zdjęcia tego, czego my mieliśmy okazję próbować. Wszystko oprószone delikarnie złotem. Cudeńko!


Bardzo mi się podoba atmosfera wokół Wilka, która zachęca młodych rodziców do wyboru tego miejsca na wspólny obiad lub deser ze swoimi pociechami. Nie zdarzyło się jeszcze, żeby w środku nie było przynajmniej kilku mam z dziećmi, co nie tylko tworzy pozytywny gwar w środku, ale również daje wiarę, że kolejne pokolenia - wychowywane i karmione w takich i podobnych Wilkowi Sytemu miejscach - będą świadomie wybierały to, co jedzą i szanowały środowisko je otaczające.

Wielki plus za świetne książki roślinne do poczytania przy jedzeniu nie tylko dla dorosłych, ale przede wszystkim dla dzieci! Bardzo doceniam minimalistyczny i trochę surowy wystrój lokalu, utrzymany w naturalnych kolorach szarości, bieli oraz ciepłych barwach żółci i słomy. Uważam, że maleńkie, ale obecne na każdym stoliczku, sukulenty lub świeże kwiaty nienachalnie ożywiają to wnętrze. Jeśli szukacie klimatu lekko sennego, ale bardzo odprężającego i spokojnego - wpadajcie do Wilka Sytego po sporą dawkę zdrowia i inspiracji!


*Nie, Vozilla nas nie sponsoruje (a szkoda, bo zostawiamy tam co miesiąc kilka pieniążków :P). Uważam, że warto o niej pisać, mimo że i tak często mamy problem z jej wypożyczeniem, bo cieszy się sporą popularnością, co sugeruje, że reklamy jej zbytnio nie trzeba, ale co tam!

WILK SYTY
ul Trzebnicka 3/1
Wrocław



Share:

0 komentarze