-->

Nasze ulubione miejscówki w 2018 roku - ranking



Mamy dla Was najbardziej wstydliwy tekst tego roku...

... bo spóźniony o dwa miesiące. Od trzech lat już w grudniu publikujemy zestawienie naszych ulubionych gastromiejscówek kończącego się roku. Tak miało być i tym razem... jednak mea culpa. .. Chciałam dobrze, a wyszło jak zwykle! Już tłumaczę: od jakiegoś czasu pracuję nad nowym designem, wyglądem, czy jak zwał, Widelca. Żeby się zmotywować do zrobienia tego szybciej i lepiej obiecałam sobie i Kasi, że nie puścimy tego tekstu, póki Widelec nie będzie miał nowego blogowego ubranka... no i nie wyszło. Popsułam parę rzeczy, o pomoc musiałam prosić zaprzyjaźnionych blogerów, którzy potrafią w Wordpressa bardziej niż ja... no i dziś, po czasie czytacie ten tekst jeszcze na starym blogu.

O naszych ulubionych miejscach z poprzednich lat możecie poczytać tutaj:
2017 -> klik!
2016 -> klik!
2015 -> klik!

Przeglądając poprzednie zestawienia zauważycie pewnie, że osób było kiedyś więcej... więc też śpieszę z wyjaśnieniem o co chodzi, bom Matka Przełożona tego projektu :) Kto jest z nami od początku, albo chociaż od 2-3 lat, ten pamiętać może, że skład Widelcowej Ekipy był różny. Raz większy, raz mniejszy. Widelca zakładałam parę lat temu z Adrianem i zawsze byliśmy otwarci na głosy naszych znajomych, którzy chcieli spróbować swoich sił w pisaniu, ale przede wszystkim chcieli mieć dobrą wymówkę na jedzenie na mieście ("aaa... pójdę sobie dzisiaj na burgera, to zrobię Marijce zdjęcia, będzie mieć na Widelca" - serio! :D). Naturalną więc koleją rzeczy było dla mnie proszenie tych "dodatkowych redaktorów" o wyrażenie swojego zdania o kończącym się roku we wrocławskim gastro i wskazanie swojego TOP 5. 
Tekstów dodatkowych redaktorów na Widelcu w tym roku pojawiło się niewiele. W tegorocznym zestawieniu, więc zostałyśmy dwie. Katarzynka, po powrocie z warszawskiej emigracji, naturalnie jakby zajęła miejsce Adriana, który od pewnego czasu zajada się maltańskimi pysznościami i cieszy słońcem cały rok (to też taka zwięzła odpowiedź na powracające czasem pytanie: A co się stało z Adrianem? Ma się dobrze. A ja mam do kogo latać na krótkie urlopy w ciepłym kraju! :D).

Wracając jednak do zestawienia...
Przedstawiamy Wam w tym roku naszych 10 ulubionych miejsc. TOP 5 moje i TOP 5 Katarzynki. Jak pewnie zauważycie różnią się one od siebie znacznie. Wynika to z bardzo prostej przyczyny: bo i my jesteśmy różne. Zaczynając choćby od tego, że Kasia jest wegetarianką, a ja preferuję kuchnię z dużą ilością mięsa. Kasia jest mocno zainteresowana tematyką zdrowego odżywiania, zero waste i trendów eko. Ja natomiast, wybierając swoje ulubione miejsca, zwracam dużą uwagę na detale w wystroju, klimat i atmosferę, bo lubię wracać do miejsc, w których czuję się dobrze.

Myślę, że z wieloma naszymi głosami się zgodzicie (widzę nasze podobne gusta dyskutując z Wami na naszym FB lub IG), ale część może Was zaskoczyć. Kolejność miejsc w naszych rankingach jest przypadkowa - nie dajemy tutaj złotego, srebrnego i brązowego medalu. Wszystkich stawiamy zgodnie na pierwszym miejscu - na pewno się pomieszczą :)

Zatem, skoro już kazałam Wam czekać na ten tekst dwa miesiące... i jeszcze wrzuciłam tutaj taki przydługi wstęp :D To myślę, że pora zaczynać. Puszczę pierwszą Katarzynkę, byście odpoczęli od mojego słowotoku.




To miejsce było ze mną przez cały rok! Za każdym razem, kiedy Michał był w komitecie obiadowym i totalnie poległ, pierożki ruskie z surówką lub zestaw z kotletem szpinakowym ratowały lunch w pracy. To jedyne miejsce, w którym stojąc w ogromnej kolejce, w ogóle się tym nie przejmuję. Jedzenie zawsze jest pyszne, świeże i wegańskie 💚 Polecam na 200% i wiem, że jestem ogromną szczęściarą, że mam biuro 400m od nich! To jest przykład na to, że wegańskie jedzenie może być pyszne, tanie, proste i zdrowe.


Nigdy, przenigdy nie sądziłam, że w moim TOP5 będzie kebab. Zanim spróbowałam KEBZa ostatni raz, kebab jadłam w czasach liceum, więc sami rozumiecie, że to była spora przerwa. Ale nic nie poradzę 🙆KEBZowy kebab z warzywami lub z falafelem skradły moje serce, a ten twarożek na wierzchu śni mi się po nocach! Jedno z niewielu miejsc, gdzie można się wybrać mieszaną ekipą mięsno-roślinną i każdy zostanie zacnie nakarmiony za niewielkie pieniądze. (LINK do artykułu)


Wszyscy ich chyba znają. Lokal przy ul. Bogusławskiego pod nasypem to moje najnowsze odkrycie. Wstyd się przyznać, ale nie jadłam Pizzy Si wcześniej i 2018 to był mój debiutancki rok u nich. Ale było warto tyle czekać! Ta pizza jest pyszna na miejscu, świetna na wynos. Jest dobra na ciepło i na zimno. Nigdy dotąd nie jadłam tak fantastycznej pizzy i proszę, niech ktoś wymyśli dietę, w której Pizza Si będzie fundamentem! Ich niewątpliwym plusem jest też lokalizacja - mamy tam blisko z domu i patrzę na nich, kiedy jestem na siłowni (bo jest dokładnie naprzeciwko 😜). Ta bliskość oznacza, że Pizza Si wyprzedza wszystkie dotychczasowe pizzerie w mieście!


Świetna miejscówka dla wegusków, która sprawdza się na obiad, kolację na wynos, leniwy wieczór z jedzeniem na dowóz (jeśli jesteście w obszarze dostawy, a my jesteśmy! 💚) czy rocznicę ślubu 😍
Najbardziej uwielbiam ich pizzę, ale kebaba też mają świetnego. Burgery nie do końca mi pasują, ale nie wszystko zawsze musi się podobać. Odwiedźcie ich koniecznie, jeśli jeszcze nie byliście! (LINK do artykułu)


Zestawienie kończymy miejscem, w którym byłam raz (po otwarciu nowej lokalizacji), ale czuję, jakbym tam jadła ze sto razy po tym, jak miałam jeszcze kawałek ich serniczka z karmelem i popcornem na wynos, w domu. Cudowne ciasta, które spodobają się na pewno każdemu miłośnikowi słodkości. Klasyki opowiedziane na nowo, świetny wystrój (pełen roślin, naturalnych materiałów i stonowanych kolorów, otulonych ciepłym światłem) i Julia Child, która z pasją, i typową dla siebie charyzmą, opowiada, jak przygotowuje kolejne przysmaki w swojej kuchni. Magiczne miejsce! Warto ich poszukać na Ołbinie. (LINK do artykułu)




W tym roku moja miłość do prostego, ale pysznego jedzenia nie zmalała ani odrobinę. Gluten był najczęściej odwiedzanym przeze mnie miejscem, gdy mieszkałam na Grunwaldzie. Kiedy przeprowadziłam się na Popowice Glutenik podążył za mną i otworzył się w Magnoli (śmiem przez to twierdzić, że to miłość odwzajemniona! 🖤). W Glutenie dalej najbardziej kocham pyzy z mięsem. Zaraz po nich uwielbiam ich niedzielny rosołek. Bycie córką Matki Teresy od pierogów zobowiązuje, więc nie mogło być inaczej. Gluten to mój faworyt w temacie prostego i pysznego jedzenia! (LINK do artykułu)


Z Naftą wiąże się bardzo śmieszna i osobista historia. Otóż w pierwszej połowie zeszłego roku dostałam smsa z nieznanego mi numeru: Hej, nie wiem czy mam dobry numer, ale mam nadzieję, że wiadomość trafiła do Madziory. Okazało się, że mój znajomy z czasów hmm.. pewnie jeszcze podstawówkin (a na pewno znaliśmy się już w gimnazjum!) wpadł ze wspólnikami na szalony pomysł otwarcia restauracji. I to jeszcze w jakiejś totalnie zakorkowanej części Wrocławia, gdzie nikt nie jeździ, jeśli tam nie mieszka. Po krótkiej rozmowie telefonicznej po latach dowiedziałam się, że będzie to bistro. Bistro w stylu neo. Poprosił, żebym wpadła, powiedziała co myślę - skoro dużo jadam na mieście i trochę ten wrocławski gastroświatek znam. 
Z nastawieniem lekko sceptycznym (oszalał! otwiera bistro na końcu świata! co on tam będzie podawał? pierogi?) pojechałam... i totalnie zakochałam się w tym miejscu. Piękny wystrój wnętrz (chłopaki większość prac w lokalu wykonali własnoręcznie - od wylewania posadzki, przez docinanie desek na blaty stołów, po opalanie desek, które teraz widzicie na ścianach tego lokalu, budowanie regału na wina...). Przepyszna kuchnia (stek z fasolką szparagową i ciasto czekoladowe śnią mi się po nocach! Szef Kuchni - Olek, zna się na swojej robocie!). Niesamowicie przyjazna, lekko tajemnicza atmosfera i ludzie, którzy tworzą to miejsce sprawiły, że nie mogło być innego wyboru w tym roku. Przyjeżdżałam tam sama, przyjeżdżałam na obiad z Katarzynką, jechałam tam na randkę, zabierałam paczkę znajomych na najpyszniejsze żarcie w mieście i to w rozsądnych cenach. Mam poczucie, że koncept Nafty podniósł wrocławskiej gastronomii poprzeczkę o przynajmniej jeden poziom. I to bardzo dobrze! 
Życzę sobie częściej dostawać smsy od starych znajomych... :) (LINK do artykułu!)


Grana Padano to takie niepozorne miejsce na Grunwaldzie. Nastawione głównie na studentów okolicznych uniwersytetów, z niskimi cenami, ale przy tym z pięknie urządzonym lokalem. W tym roku lubiłam tam wpadać wieczorami z komputerem, by popracować. Ze znajomymi, by każdy mógł sobie pozwolić na wyjście do restauracji nie martwiąc się o stan portfela. Na lunch w czasie przerwy w pracy. Za każdym razem Grana Padano utrzymywało ten sam - dobry poziom. Bardzo lubię ich oliwy smakowe, ranty pizzy wyjadałam dzięki nim do ostatniego okruszka. Jeśli tylko będziecie mieć okazję, spróbujcie ich kremu z pieczonego ziemniaka z czosnkiem - mniam!


Z Odą też mam śmieszną sytuację, Byliśmy jakimś dziwnym trafem na wyprzedaży winyli. Coś tam kupiliśmy i z tymi winylami jechaliśmy na obiad do, nowootwartej wtedy, Ody. No i w takich okolicznościach padły słowa: Madzik, to teraz masz zadanie. Znajdź we Wrocławiu miejsce, gdzie można posłuchać winyli. I wiecie co? W Odzie jest gramofon! Tak, nasza pierwsza wizyta w Odzie odbywała wśród dźwięków kupionych chwilę wcześniej krążków. Rozumiecie już, że musiałam pokochać to miejsce?
Oda jest dla mnie kolejnym powiewiem świeżości na wrocławskim rynku gastronomicznym. Przepiękny lokal (uwielbiam te kolory), zaangażowana, bardzo przyjazna obsługa, która sprawia, że czujesz się tam jak u siebie. Menu choć krótka, to bardzo przemyślana i skonstruowana z szacunkiem do produktu. Ślinka mi cieknie na samą myśl o barszczu, czy tatarze... Jeśli jeszcze tam nie byliście... trzeba to nadrobić.


Fenomenu Mani Smaku nie rozumiałam, póki nie przeprowadziłam się w okolice Magnolii. Wtedy to Mania właśnie została jedyną rozsądną pizzerią dowożącą pyszne placki w okolicy. Od tego czasu zjadłam już u nich chyba wszystkie pozycje z menu (dalej najbardziej smakuje mi Margherita 🖤), a był taki moment, gdy ich kurierzy już ewidentnie wiedzieli kto otworzy im drzwi 😆. Mania ma pyszny, słodki sos pomidorowy i delikatnie chrupiące ciasto z pełnymi powietrza rantami. To jest pizza, która nie potrzebuje ani oliwy, ani tym bardziej sosu czosnkowego! 😂



Ufff! Udało się! Co myślicie? Czymś Was zaskoczyłyśmy?
Nasze ulubione miejsca już znacie... a ja siadam do tekstu z Waszymi ulubionymi gastromiejscówkami we Wrocławiu, czyli do wyników głosowania na Widelec roku 2018. Wyniki powinniście poznać w weekend - trzymajcie kciuki!

Share:

0 komentarze